Prawda o rozwoju duchowym

Miałam zamiar tym razem pisać o dzieciach i o tym jak z nimi wejść w kontakt w trakcie trudnych, emocjonalnych momentów, ale ten post będzie musiał poczekać. Od kilku dni powraca inny temat, który niejednokrotnie spędzał mi sen z powiek – prawda o rozwoju duchowym. Brzmi pompatycznie, ale co tam, niech sobie brzmi jak chce. Nauczyłam się tego, że gdy pojawia się energia, która mnie do czegoś popycha, to nie ma co z nią dyskutować, bo będzie tak długo wiercić dziurę w brzuchu, aż znajdzie ujście. A więc o co chodzi z tą prawdą o rozwoju duchowym?

Prawda jest taka, że ten cały rozwój wcale nie jest taki usłany różami i nie ma nic wspólnego z byciem wyłącznie radosnym i szczęśliwym. Wręcz przeciwnie, prędzej czy później natrafia się na otchłań, o której istnieniu miało się mgliste pojęcie, od której się uciekało i od której wieje czasem ogniem piekielnym. Co rozumiem przez tą otchłań? Wszystko to, od czego chcieliśmy uciec w naszym życiu, wszystko to, gdzie nie chcieliśmy zajrzeć, bo baliśmy się doświadczyć ponownie bólu, wszystko to, co upychaliśmy pod dywan, dramaty, przeżycia, trudne wspomnienia, które podświadomie kierują naszym życiem. Czy każdy kto jest na ścieżce rozwoju natrafi kiedyś na tą otchłań? Nie wiem. Myślę, że to zależy od naszych priorytetów w życiu. Jeśli chodzi nam tylko o delikatną poprawę relacji, trochę lepszą pracę i takie tam, skądinąd ważne rzeczy, to nie musimy wchodzić w temat rozwoju zbyt głęboko. Ale jeśli masz za sobą trudną przeszłość, bolesne doświadczenia, jeśli siebie odrzucasz, a chcesz siebie pokochać naprawdę, stać się sobą autentycznym, wyzwolić się z programów, przekonań, uwarunkowań, to przygotuj się na porządną jazdę. I nie używam tych słów lekko.

"Oświecenie to destrukcyjny proces. Nie ma nic wspólnego ze stawaniem się lepszym czy bardziej szczęśliwym. Oświecenie to odpadanie nieprawdy. To widzenie na wskroś przez fasadę obłudy. To kompletna likwidacja tego wszystkiego co sobie wyobrażaliśmy jako prawdziwe.”
 ― Adyashanti
 

Urodzenie siebie samego na nowo wymaga ogromnej odwagi i samozaparcia. Dlaczego? Dlatego, że ten proces jest jak zejście do piekła – piekła bólu i ran z dzieciństwa, uświadomienie sobie krzywd i ograniczeń, które do tej pory były nieświadome, stanięcie z własnym cieniem twarzą w twarz, czyli z tym co sami w sobie odrzucamy, czego nie akceptujemy, czego się wstydzimy. Nie każdy jest na to gotowy. Są ludzie, którzy się wycofują, bo ich to przeraża. Mogą się pojawić naprawdę trudne momenty, wręcz poczucie, że się umiera, że ból jest nie do zniesienia. Niektórzy wręcz mówią, że zaczynają odczuwać obecność demonów albo ogromnego strachu. Co odważniejsi jednak prą naprzód mimo bólu i strachu, i w końcu odnajdują prawdziwych siebie, swoją prawdziwą esencję, zakopaną pod warstwami bzdur, które im wmówiono i które sami sobie wmówili. Ta esencja jest w każdym z nas, ona jest niezniszczalna.

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że mi tego nikt nie powiedział, nikt mnie nie ostrzegł, nikt nawet nie zasugerował, że będzie momentami cholernie bolało. A może nie chciałam tego słyszeć… teraz to już nie ważne. Uparta jak osioł parłam do przodu. Ale wreszcie ten mój upór na coś się przydał. Z każdą zintegrowaną emocją, z każdym zintegrowanym cieniem zaczęłam czuć coraz większą wolność, przestałam bać się samej siebie, przestałam notorycznie reagować z automatu, zaczęłam siebie… kochać. Nie sądziłam, że to kiedykolwiek będzie możliwe. Zrozumiałam też i w końcu przyjęłam na bardzo głębokim poziomie, że to jest proces i że nigdy się nie skończy, więc nie mam gdzie się spieszyć. Że będą się pojawiać coraz to inne warstwy i poziomy, i to co mam zrobić, żeby przez nie w miarę spokojnie przejść, to po prostu poddać się temu procesowi, zaufać mu, bo wtedy łez i bólu jest mniej. To jest jedna z najważniejszych moich obserwacji – że im bardziej się opieram procesowi, tym więcej turbulencji się pojawia, włącznie z fizycznym odchorowywaniem. To mi przypomina sytuację, kiedy zjeżdża się na zjeżdżalni. Gdy pozwalamy sobie po prostu zjechać, bez wyhamowywania, to idzie to szybko i gładko, ale jeśli zaczynamy kombinować, przytrzymywać się rękami, albo stopować nogami, to zaczynamy się obijać i wywracać. Dlatego tak ważna jest umiejętność bycia z tym co w danym momencie wychodzi i poddanie się procesowi. Świadomy wybór, by z tym pobyć, a nie uciekać od tego. I tą umiejętność wyrabia się z czasem. Coraz bardziej świadomie i z mniejszym oporem zaglądamy tam gdzie boli, by urosnąć ponad to, co nas ograniczało. A wszystko po to, by to co nam się przydarzyło w przeszłości, co zinterpretowaliśmy na naszą niekorzyść, co nas definiowało, by nie miało już na nas podświadomego wpływu, byśmy nie reagowali automatycznie, lecz świadomie, z wyboru.

"Czy musisz doświadczyć bólu w procesie wzrostu? Absolutnie nie. Bóg nie stworzył bólu i cierpienia – ty to zrobiłeś. To nie wzrost, lecz opór przed wzrostem powoduje ból (…).
 Za każdym razem, gdy twoja świadomość wyrasta ponad skorupę (co się może zdarzyć raz albo nawet sto razy dziennie), ona linieje. To właśnie opór przed tym niezbędnym i wiecznie toczącym się procesem rozwoju twojej duszy jest określany jako ból."
 Mercedes Kirkel 

Możesz teraz powiedzieć – to po co mi w ogóle ten rozwój, po co w to wchodzić, skoro to czasami bardzo boli i do tego nigdy się nie kończy? Na to każdy musi sobie sam odpowiedzieć. Ja mogę mówić tylko za siebie. Dla mnie osobiście korzyści okazały się większe niż kiedykolwiek mogłabym przypuszczać, ale trudno mi je opisać tak, żeby zrobiły wrażenie czy nadawały się na hasło marketingowe, bo co to za wow, że powiem, że przestałam siebie nienawidzić? Być może w ogóle cię to nie poruszy. Dla mnie jednak przejście od „nienawidzę się” do „kocham siebie taką jaką jestem” było warte każdej jednej łzy, każdego jednego bólu, każdej książki, sesji, kursu. Dziś jestem w takiej relacji sama ze sobą, że siebie nie odrzucam, że wybieram w zgodzie ze sobą, a jednocześnie mam więcej empatii dla innych, co nie znaczy, że pozwalam sobie wejść na głowę. A! I to wcale nie znaczy, że się stałam świętą i np. nie denerwuje się, albo nie krzyknę. Różnica polega na tym, że teraz tego nie oceniam, nie wkręcam się w poczucie winy, lecz procesuję to, co się w danym momencie pojawia i jeśli tak czuję, mówię przepraszam, ale nie to wymuszone przepraszam, lecz to płynące z głębi serca. I mam jeszcze wiele przed sobą, stopniowo ucieleśniam poszerzającą się świadomość. W końcu „Im dalej w las tym więcej drzew”. Taka zabawa w ciuciu babkę z samą sobą. Bawię się tym odkrywaniem siebie autentycznej, a czasem i lamentuje, jeśli tego mi właśnie trzeba.

Chciałabym napisać o jeszcze jednej ważnej rzeczy. Kiedy zaczynałam przygodę z rozwojem duchowym, miałam tylko jeden cel – chciałam stać się dobrą osobą, ponieważ byłam przekonana na wskroś, że jestem zła i że jest ze mną coś nie tak. Na tym zbudowałam całe moje życie – wybór studiów, relacje z innymi, sprawy finansowe itd… Myślałam, że te wszystkie książki i kursy wreszcie mnie naprawią i wreszcie będę godna miłości. Dopiero z czasem zdałam sobie sprawę, że nawet rozwój duchowy użyłam jako bata na siebie i dalej siebie oceniałam i odrzucałam… Dopiero kiedy zaczęłam zwracać się ku sobie, przygarniać te części siebie, które odrzucałam, wstydziłam się, uważałam za niepotrzebne albo wręcz odrażające, kiedy zaczęłam to wszystko w sobie integrować (i nadal to robię) to dotarło do mnie, że to czego szukałam na zewnątrz – miłości innych osób, mogę sobie sama dać.

Brak tej miłości do samego siebie, to ta słynna pustka, którą próbujemy zapełnić ciuchami, rzeczami, statusem, związkami itd. Gromadzimy i gromadzimy, szukamy i szukamy, a w środku pusto. Tego nie da się znaleźć w super pracy, ani w nowym aucie, nowym domu, nikt Ci tego nie da… jeśli sam sobie tego nie dasz.
Życzę więc miłości do samego siebie i odwagi, by tę miłość w końcu sobie dać.

 

 

O co chodzi z tym cierpieniem…

Częstą pułapką osób na ścieżce duchowej jest zbyt szybkie „wskakiwanie” w spojrzenie z wyższej perspektywy i omijanie tego co dana sprawa, czy osoba w nas wywołuje. Wynika to z mylnego przekonania, ze osoby uduchowionej nie powinno „nic ruszać”. Nic bardziej mylnego. Jesteśmy tu na ziemi, by doświadczać, smakować, używać zmysłów. Jako duch owszem jesteśmy nieskończeni, niezniszczalni, potężni itd., ale jako istoty ludzkie doznajemy radości, cierpień, ograniczeń. Nie ma takiej możliwości, by odczuwać wyłącznie jeden koniec spektrum – np. radość jednocześnie udając, że nie istnieje drugi koniec spektrum – cierpienie. Prędzej czy później dojdzie do wyrównania. Pytanie, które dobrze by było sobie zadać to nie – jak omijać cierpienia, jak je zminimalizować, jak nie reagować, lecz jak sobie z nim radzić.

W naszej kulturze wmówiono nam, ze cierpienie jest złe, nauczono nas się go bać i wymyślono różne dziwne sposoby, za pomocą których próbujemy je zminimalizować, odepchnąć czy odwrócić od niego uwagę. Już od dzieciństwa nam się to wpaja – dziecko się przewróci a rodzic mówi „nic się nie stało” albo „o patrz tam jest ptaszek”, zdechł chomik, a rodzic mówi „oj nie płacz tyle, to tylko chomik, kupimy ci nowego”. Nie nauczono nas, a właściwie nie pozwolono nam opłakiwać strat tak, jak tego potrzebowaliśmy.

placzace dziecko

Ostatnio słuchałam bardzo ciekawej wypowiedzi szamana majańskiego Martina Prechtela, który mówił o rozpaczy i pochwale życia, i jak są ze sobą połączone. W jego plemieniu opłakiwanie, rozpacz stanowią bardzo istotną część życia. Osoba, która straciła np. ukochaną osobę, jest wspierana przez całą wioskę w opłakiwaniu jej. Dlaczego? Dlatego, że według nich, jeśli nie opłakujemy straty to znaczy, że za tym co straciliśmy nie tęsknimy, a jeśli nie tęsknimy, to znaczy, ze odbieramy temu wartość, nie wychwalamy jej życia i tego, że była jej częścią. Co gorsza próbujemy ominąć coś, co zdarzy nam się przeżyć wiele razy w życiu – śmierć bliskich, rozstania z partnerami, przyjaciółmi, przeprowadzki, starzenie się itd. Strata jest nieodłączną częścią naszego życia. Jeśli nie nauczymy się emocji z nią związanych wyrażać i uwalniać, to będziemy ten ciężar nosić w sobie i może on się ujawnić jako depresja czy nałóg.

I tu pewnie wielu z was zada pytanie – no dobrze, a co z całą filozofią „nie przywiązywania się do niczego”? No właśnie, tu znowu pojawia się nasze zachodnie myślenie – „byle na skróty”. Tego się uczymy od dziecka. Boli cię głowa, weź tabletkę. Chcesz szybciej dojechać do pracy, kup szybkie auto. Szybkie rozwiązania, oszczędzanie czasu, to główne hasła. Śpieszymy się nie wiadomo dokąd pomijając samych siebie w tym wszystkim. A może boli mnie głowa, bo za dużo pracuję? A może ta praca, do której tak się spieszę, to zupełnie nie to, co chcę robić? I niestety, podobnie podchodzimy do duchowości. Ma być lekarstwem na wszystkie bolączki i to jak najszybciej. Bierzemy sobie jakiś koncept z nadzieją, że dzięki niemu już nigdy nie zaznamy cierpienia i wszystko będzie cacy.

Jak to wygląda w praktyce? Załóżmy, że dzieje się coś przykrego osobie tzw. uduchowionej, np. kłótnia z kimś bliskim. Osoba ta stara się jak najszybciej spojrzeć z wyższej perspektywy, bo przecież jako osobie uduchowionej „nie przystoi” jej być poruszoną, smutną, zdenerwowaną, albo broń boże wściekłą. Robi więc szybko skrót duchowy i pyta samą siebie – dlaczego mi się to dzieje? Czy to z mojego dzieciństwa? Skoro jest moim lustrem, to co ja na tą drugą osobę projektuję? Gdzie ja to mam w sobie? Może to spłata karmy? Może to z przeszłego życia?… itd. Co ma miejsce? Proces mentalny. Analizowanie, myślenie, rozkminianie. Co się dzieje z ciałem i emocjami? Zostały totalnie ominięte. I co to znaczy? To znaczy, że i owszem ta osoba znajdzie wytłumaczenie tego dlaczego ta kłótnia miała miejsce i może nawet spojrzy na tą osobę z innej perspektywy, ale emocje nie zostały zauważone, a więc pobudzona energia została stłamszona.

Emocje są energią, która porusza się jak fala. Fala ma swój początek, szczyt i wyciszenie. W momencie gdy intelektualizujemy to, co się z nami dzieje i zatrzymujemy fale przed osiągnięciem przez nią szczytu, nie pozwalamy tej energii zakończyć cyklu. Zostaje ona zablokowana w naszym ciele i wyskoczy przy najbliższej okazji, najczęściej wywołana przez kompletną bzdurę.

I jak to się ma do teorii „nie przywiązywania się”? A tak, że najpierw trzeba zauważyć czy wręcz opłakać to, co nam się stało, by naturalnie przyszło pogodzenie się z tym co się wydarzyło, a wtedy robimy miejsce na coś nowego. Koło życia, ot co. Nie opłaczesz – nie puścisz. Przyjrzyj się dziecku – gdy dziecku coś się dzieje, płacze wniebogłosy, czasem aż lamentuje. Jeśli nie będziesz mu w tym przeszkadzać, w pewnym momencie ono ochłonie i zajmie się czymś innym. Ale jeśli mu przerwiesz, będzie do tego wracać albo to stłamsi. Problem polega na tym, że my właśnie nie pozwalamy sobie na lament i zabijamy cykl, zwłaszcza gdy chcemy być tacy „uduchowieni”. Szukamy odpowiedzi w umyśle, a ciało upycha lament w komórki. Używamy duchowości jako kolejnej rzeczy, która utrzymuje naszą fałszywą maskę. A gdzie autentyczność? Gdzie prawdziwość? Bez tego nie ma wolności…

Dopiero gdy pozwolimy z otwartym sercem życiu przez nas przepływać i wyrażać się przez nas w pełni jako radość, szczęście, miłość ale też jako smutek, złość, żal, to wtedy nie będziemy nic stopować, a w ten sposób nie będziemy do niczego przywiązani i zwrócimy sobie wolność. To brzmi jak paradoks, ale czyż nie jest paradoksem to, że jesteśmy duchowymi istotami mającymi fizyczne ciała..?

Zwróć więc uwagę jak ty podchodzisz do tego co się wydarza w twoim życiu. Czy pozwalasz sobie poczuć głębię tego, co się w tobie uaktywnia w danej sytuacji, czy próbujesz jak najszybciej się tego pozbyć, zatuszować, bo się tego boisz, albo nie chcesz wyjść na osobę przewrażliwioną, emocjonalnie niedojrzałą, nie uduchowioną? Jeśli czegokolwiek mnie osobiście „nauczyła” duchowość to właśnie wrażliwości i zgody na emocje – moje i innych oraz tego, że nie trzeba nic z nimi robić. Wystarczy stać się dla nich przestrzenią, być świadkiem tego jak przepływają w swoim tempie.

comforting-others
Nie mieliście tak, że gdy przeżywaliście jakąś stratę w życiu, a ludzie do was mówili różne idiotyczne rzeczy np. „tak miało być” albo „już czas się pozbierać” albo „kiedyś będziesz się z tego śmiać” mieliście ochotę wystawić ich za drzwi? Czego tak naprawdę potrzebowaliście? Czy czasem nie obecności? Czy nie wystarczało to, że ktoś przy was po prostu był, trzymał za rękę i niczego nie próbował naprawiać? Tego właśnie potrzebują nasze emocje – pozwolić im być i w swoim czasie i tempie przepłynąć. Im mniej ingerujemy i pośpieszamy tym lepiej.

Im szybciej zgadzamy się w danym momencie na to, co zostało w nas poruszone, pozwalamy to sobie poczuć całym sobą i oddychamy spokojnie i głęboko, tym łatwiej i bez turbulencji dana emocja może zakończyć swój cykl. I dopiero wtedy, samoistnie, spontanicznie pojawia się zrozumienie danej sytuacji, spojrzenie z wyższej perspektywy. Wtedy, jeśli taka jest nasza intencja, odpowiedzi na pytania „dlaczego mi się to dzieje”, „co ta osoba mi pokazuje” itd. same się pojawiają bez żadnego mentalnego wysiłku. Ale najpierw zawsze trzeba nazwać rzecz po imieniu – np. on mnie zranił, ona mnie oszukała, oni mnie nie kochają, straciłam go itd. i pozwolić wypłynąć emocjom, urosnąć do apogeum, być dla nich przestrzenią, nie stając się nimi, oddychać głęboko i czekać cierpliwie. Im więcej damy sobie na to zgody i czasu, tym szybciej fala przepłynie. Taki kolejny paradoks..

zdjęcia pochodzą z: http://www.luxlux.pl i becomingsomethingbeautiful.wordpress.com