Prawda

Od czasu do czasu słyszę takie zdania: “Moi rodzice się zmienili, teraz są inni, ale ja nadal jestem na nich zamknięta/y” albo “Moi rodzice nadal mnie odrzucają, ale przynajmniej są dobrzy dla moich dzieci”. W tych słowach słyszę rozdźwięk pomiędzy tym, co te osoby chciałyby czuć, a tym, co naprawdę czują. Słyszę też ich frustrację na samych siebie, że coś jest z nimi nie tak, skoro nadal coś ich męczy. Chciałyby czuć się z tym OK co jest teraz, zamknąć przeszłość za sobą, tylko że tak się nie da, ponieważ w ich wnętrzu jest małe dziecko, które nadal nie jest usłyszane, które nadal nie jest widziane, którego krzywda ma pójść w niepamięć, bo rodzice są TERAZ inni, bo rodzice dla WNUKÓW są inni. Brakuje jednak jednego istotnego elementu – PRAWDY. 

Dopóki nasza krzywda nie jest uznana, dopóki nie wyrazimy naszego bólu, naszej prawdy z nim związanej, nie nazwiemy go po imieniu, nie skierujemy do adresata, to dziecko w nas pozostaje zamknięte w bólu, samotne, bez obrońcy. Ma przestać wracać do tego, co mu zrobiono, ma o tym zapomnieć i skupić się na tym, że rodzice teraz są inni. Tylko, że ta krzywda i tak wylezie jak nie w relacji z rodzicami, to w innych relacjach albo w nałogach, bo ujść gdzieś musi. To samo, gdy rodzice nadal ranią Ciebie, ale są za to inni dla Twoich dzieci. Jedno i drugie jest budowaniem na fałszywym fundamencie, który nie może być stabilny i trwały. Ktoś za to oberwie – albo będziesz stosować autoagresję wobec siebie albo uderzysz agresją lub pasywną agresją w kogoś, kto z Twoimi pierwotnymi zranieniami zadanymi przez rodziców nie ma związku.

Słyszę też przeróżne emocje – żal, zazdrość, zagubienie, w słowach tych, którzy opowiadają o tym, że dużo młodsze rodzeństwo jest traktowane zupełnie inaczej, że rodzice są teraz dojrzalsi i nie wyrządzają tych samych krzywd co kiedyś, albo gdy któryś z rodziców ma inną rodzinę i dla tych nowych dzieci jest inny, traktuje je lepiej. Osoby, które mi o tym opowiadają bardzo często doświadczają konfliktu wewnętrznego, bo przecież “powinnam/em się cieszyć, że oni mają lepiej niż ja, ale tak naprawdę to mi przykro”.

Jeśli nie było dotąd okazji, by powiedzieć rodzicom jak to było dla Ciebie, jeśli to nie zostało wysłuchane i uznane, jeśli rodzic wypiera się, że robił Tobie krzywdę, to masz wszelkie prawo czuć ogromną przykrość, oczywiście że to boli i ma prawo boleć, bo nie dość, że Twoja krzywda nie została wysłuchana, to masz jeszcze patrzeć czy słuchać o tym jak osoba, która Ciebie krzywdziła, jest dobra dla innych. Pozwól sobie czuć tą niesprawiedliwość i wszelkie emocje jakie wywołuje zaprzeczanie Twojej krzywdzie przez rodzica czy wymuszanie na Tobie tego, żebyś zapomniał/a i cieszył/a się szczęściem tych, którzy przyszli po Tobie. Bardzo zachęcam do wyrażenia całej gamy emocji z tym związanych czy to przez pisanie, malowanie, czy ruch z ciała. Możesz też wydrukować sobie zdjęcie rodzica, przykleić je na ścianie i wyrazić do niego to, co w Tobie siedzi. Rób to tyle razy ile potrzebujesz, tak długo jak potrzebujesz.

Niestety często jest tak, że ci którzy nas skrzywdzili nie chcą się do tego przyznać i wtedy tę krzywdę my sami musimy uznać i opłakać. Ale i to może nie wystarczyć, bo tak naprawdę gdzieś w głębi potrzebujemy, by ktoś za nami stanął i potwierdził, że tak, została nam zadana krzywda. Jeśli czujesz, że tak jest u Ciebie, opowiedz komuś, kto wysłucha Ciebie z empatią o Twoich przeżyciach i uczuciach, kto się nad Tobą i Twoim bólem pochyli. To może być dobry przyjaciel, terapeuta, czy grupa wsparcia.

I kolejna rzecz – zacznij ludziom mówić, gdy robią Tobie coś, co wywołuje ból. Nie tyle po to, żeby do nich dotarło, bo na to nie masz za bardzo wpływu, lecz po to, by doświadczyć się w stawaniu za sobą, żeby doświadczyć się w mówieniu o swoich uczuciach, o swojej prawdzie. Bardzo istotne tu jest to, by mówić co Tobie to robi, a nie oceniać czy atakować tej drugiej osoby. Jeśli czujesz, że masz ochotę tej osobie wygarnąć czy się na niej odegrać, czy powiedzieć tak, żeby jej w pięty poszło, to zachęcam to najpierw z siebie wyrzucić – np. przelać to bez cenzury na papier czy wykrzyczeć np. w poduszkę czy w aucie czy natłuc poduszkami w łóżko. Ja w niektórych przypadkach potrzebowałam gryźć starą skórzaną torebkę. Dopiero po przepuszczeniu tego, na spokojnie przyjrzyj się co i jak potrzebujesz skomunikować z szacunkiem dla siebie i dla tej drugiej osoby.

Od czasu, gdy zaczęłam wracać do siebie doświadczyłam wielokrotnie sytuacji, gdy potrzebowałam zwrócić komuś uwagę, ponieważ ta osoba mnie skrzywdziła w przeszłości bądź krzywdziła mnie teraz. Za każdym razem serce waliło mi jak młotem, bo bałam się, że to, co powiem i ja sama zostanę odrzucona. Wiele razy słyszałam w głowie tego zinternalizowanego cenzora: “nie masz prawa”, “to nic takiego”, “ach, machnij ręką”. Ale jednocześnie czułam, że w ten sposób wprowadzałabym fałsz do relacji i stchórzyłabym zamiast stanąć za sobą. Mimo strachu komunikowałam, pokazując w ten sposób mojej wewnętrznej dziewczynce, że ma kogoś, kto się z nią liczy i za nią staje. Kilkakrotnie to, co komunikowałam, zostało odrzucone, ale mimo pojawiających się wtedy wątpliwości “a po co mi to było”, “po co się odzywałam”, mówiłam sobie “Miałam prawo powiedzieć jak się czuję. To, że ta osoba nie ma na to przestrzeni, to nie znaczy, że zrobiłam coś złego, to znaczy właśnie to – że ona nie ma na to przestrzeni”. Wyciągałam też wnioski z KAŻDEJ takiej interakcji. Dzięki temu mój sposób komunikacji ewoluował. Z czasem zaczęłam doświadczać coraz częściej uznawania moich uczuć i przeprosin.

Zauważyłam jak z każdą taką komunikacją coraz bardziej czułam moje ciało i coraz bardziej pogłębiała się moja intuicja. Tak jakby poprzez to, że coraz bardziej uznawałam moje Jestestwo i działałam w zgodzie z nim, wracał mi mój wewnętrzny kompas. Coraz bardziej wracało moje zaufanie do samej siebie i prawo do tego, by decydować z kim chcę być i w jakiej relacji.

Za każdym razem, gdy moje uczucia były bagatelizowane, gdy osoba wypierała, że zrobiła coś co mnie skrzywdziło, czułam jak moje ciało i serce zamykało się na tą osobę. Relacja wtedy nie jest możliwa, ponieważ podstawą relacji, więzi jest poczucie bezpieczeństwa, a dopóki druga osoba nie jest zainteresowana tym, by wiedzieć, kiedy i czym robi nam krzywdę, to nie czujemy się przy niej bezpieczni.
Natomiast, gdy nasze uczucia są brane pod uwagę, gdy druga osoba liczy się z tym jak się czujemy, gdy potrafi wysłuchać, zreflektować się, przyznać do zadanej krzywdy, przeprosić, wtedy serce automatycznie otwiera się na tę osobę, choćby nie wiem co nam zrobiła.

Największym balsamem uzdrawiającym i zabliźniającym nawet najgorsze i najstarsze rany jest ich UZNANIE. Dopóki go nie ma, dopóki druga osoba nie chce wiedzieć, że zadała czy zadaje ból, nie ma mowy o bezpieczeństwie, a co za tym idzie o relacji.
To tak jakby próbować mieć relację z najeżonym jeżem. Mówisz, żeby opuścił kolce, bo Cię kłują, a on Ci wpiera, że one nie są najeżone.

Mamy prawo komunikować, wyrażać swoje uczucia. Mamy prawo jako dorosłe dzieci powiedzieć swoim rodzicom jak to dla nas było, co nam ich zachowanie i traktowanie nas zrobiło. Mamy prawo powiedzieć co nam teraz przeszkadza, na co się nie zgadzamy i czego potrzebujemy. Poza tym oni mogą naprawdę nie zdawać sobie sprawy z tego jakie komunikaty i ich zachowania nas krzywdziły i krzywdzą.

Jeśli rodzice nie chcą tego słuchać lub już nie żyją, daj sobie przestrzeń na wyrażenie tego, co potrzebuje się wyrazić. Nie tłamś tego w środku. Tak jak pisałam powyżej możesz mówić do zdjęcia, możesz też pisać listy, w których wyrazisz swoje uczucia, tak długo jak potrzebujesz i tyle razy ile potrzebujesz. Tych listów nie wysyłasz, są one miejscem i przestrzenią dla Ciebie, by wyrazić i zaadresować swój wewnętrzny ból do konkretnej osoby, bez żadnej cenzury. Możesz je potem podrzeć, spalić albo zachować. Bardzo do tego zachęcam, jest to niezwykle, ale to niezwykle oczyszczające i uzdrawiające.

Jeśli natomiast rodzice są w miarę otwarci na rozmowę to bardzo zachęcam, by opowiedzieć im na przykładach jak to dla Ciebie było, czego od nich potrzebowałaś/eś, czego zabrakło. Przeszłości nie da się zmienić, ale sama rozmowa o niej, uznanie krzywd, jest ogromnie uzdrawiające i scalające relacje na nowo. Nie ma możliwości byśmy się nie krzywdzili, nie unikniemy tego, ale dopóki o tym ROZMAWIAMY, dopóki UZNAJEMY uczucia i krzywdy, które wydarzyły się i wydarzają się mimo dobrych intencji, to relacje paradoksalnie pogłębiają się i stają się trwalsze.

Pamiętajmy też, że wszyscy się zmieniamy – i my i nasi rodzice. Rozmowa, która nie byłaby kiedyś możliwa, może być możliwa w przyszłości. Zachęcam do tego, by dać sobie tyle czasu ile trzeba, by taką szczerą rozmowę odbyć we właściwym czasie – poczujesz, kiedy ten czas nadejdzie. Nie pośpieszaj siebie. To bardzo bardzo ważne.

Czasem jest też niestety tak, że nie ma otwartości ze strony rodzica na spotkanie, że tacie czy mamie nie zależy na relacji z nami albo unoszą się dumą. Jest to bardzo trudne doświadczenie, które może spotęgować poczucie odrzucenia, bycia niechcianym. Taki rodzic ma zamknięte serce na swoje dziecko i ono to czuje. Tu jest potrzebne uświadomienie sobie tego, że to, że rodzic nie chce relacji, to nie znaczy, że problem jest w Tobie, to znaczy tylko tyle, że taki rodzic nie umie zrobić na Ciebie przestrzeni i ma to związek z jego traumami i emocjonalnymi ranami, a nie z Tobą. Dobrze jest mieć w takiej sytuacji wsparcie i przejść proces żałoby, by pożegnać iluzję rodzica, o której marzysz.

U mnie było tak, że ja w pewnym momencie odpuściłam zabieganie o relację z mamą. Byłam wyczerpana “chodzeniem” za nią i ponoszeniem całego ciężaru naszej relacji, która opierała się na założeniu, że to ze mną jest problem. Mama nie chciała słuchać tego, co miałam do powiedzenia, a ja byłam zmęczona odpieraniem jej ciągłych ataków i manipulacji, w które zaczęła być wciągana moja córka. Postawiłam drastyczne granice, nie miałyśmy z mamą żadnego kontaktu przez kilka lat. Poczułam jak zrobiło się dzięki temu miejsce dla mnie na życie swoim życiem, na odkrywanie i osadzanie się w sobie, na odbudowywanie małżeństwa i mojej własnej rodziny. Dystans dał mi oddech.

Podobnie jak lata temu, gdy “uciekłam” przed mamą z Polski i dzięki temu znalazłam moje miejsce na ziemi w Irlandii, odpuszczenie relacji z nią zrobiło miejsce na proces indywidualizacji, pozwoliło na rozpoznanie i zintegrowanie części mnie, które wcześniej były na wygnaniu. Będąc z mamą w relacji nie mogłam tego zrobić, byłyśmy zbyt uwikłane. Z czasem, gdy coraz bardziej stawałam wyprostowana w swoim, dołączyli moi przodkowie, którzy zaczęli spontanicznie pojawiać się w moich procesach. Pewnego popołudnia po uzdrowieniu traumy jednej z prababci zaczęłam wreszcie czuć wsparcie i błogosławieństwo obu rodów.

Czułam jak osadzam się w sobie, jak coraz bardziej zdaję sobie sprawę z tego kim tak naprawdę jestem i z jakim zadaniem przyszłam. Jednak, by Dusza mogła się inkarnować, musi urodzić się przez ludzkie ciało. Gdy doszłam do tego momentu wywaliły mi największe lęki egzystencjonalne o moje życie. Byłam przekonana, że wkrótce umrę. I wtedy przyznałam się sama przed sobą, tak głęboko jak nigdy dotąd, jak bardzo potrzebuję mamy, jak bardzo za nią tęsknię i że gdyby nie ona, nie byłoby mnie, że jest coś co mogę dostać tylko od niej – życie.

Przypomniało mi się jak będąc dzieckiem, gdy mama mnie odrzucała i mówiła “Nie jestem już twoją mamą, poszukaj sobie innej”, ja jej odpowiadałam “Ja się na ten świat nie prosiłam”. Bum! Ona odrzucała mnie, więc ja odrzucałam ją i życie, które mi dała. A tak naprawdę potrzebowałam powiedzieć “Ale to ty jesteś moją mamą, potrzebuję cię.” Dotknęłam tego jak głęboko schowałam najgłębszą z potrzeb i kilka innych, by nie czuć bólu wywoływanego przez to, że były nie spełniane. Wypisałam je i zwróciłam sobie do nich prawo.

Poczułam, że niezależnie od tego czy mama to zrozumie czy nie, będę musiała jej o nich i o tym kim jest jej córka i co jej zrobiła jej postawa, powiedzieć. Dla mnie samej. Poczułam jak bardzo potrzebuję usłyszeć samą siebie, że mówię te rzeczy, w jej obecności. Mimo, że tyle razy w życiu do niej mówiłam, coś dużo głębszego potrzebowało się wyrazić i z zupełnie innego miejsca.

Zaczęłam zapisywać na kartkach, w telefonie, w komputerze to, co wychodziło. Ostatecznie wyszedł ze mnie siedmiostronnicowy list z mojego serca do serc moich rodziców, list o krzywdzie i o dobru, którego doświadczyłam od nich, ze zrozumieniem dla mojej wrodzonej Natury i ze zrozumieniem dla ich losów, list który w ostatni weekend będąc w Polsce, osobiście przeczytałam moim rodzicom w moim rodzinnym domu, a moja mama po raz pierwszy słuchała i nie przerywała. Po raz pierwszy w życiu moje słowa nazywające rzeczy po imieniu zostały przez nią przyjęte. Po raz pierwszy usłyszałam od mojej mamy: “Ja cię szczerze przepraszam”, a tata powiedział: “To wszystko co napisałaś to prawda.”

Babcia potem powiedziała, że zdarzył się cud. Ja myślę, że my sami jesteśmy cudotwórcami, gdy odzyskujemy własne serca, bo one wtedy mogą wszystko pomieścić, i to dobre i to złe, nas i ich, a nasze usta mogą mówić prawdę, która uzdrawia nas, gdy ją mówimy i uzdrawia tych, którzy są gotowi jej słuchać.

Nie wiem co będzie dalej. Nie wiem gdzie nas to zaprowadzi, bo tu gdzie jesteśmy jeszcze nie byliśmy. To jest zupełnie NOWE. Może to, co się stało dało nam tylko oddech na chwilę, a może jest początkiem zupełnie nowej relacji. Chcę dać szansę temu drugiemu, myślę, że moi rodzice również. Dla mnie uzdrawiajace samo w sobie jest już to, że mogłam nareszcie wyrazić słowa z głębi mojego Jestestwa i Wrażliwości, słowa, które zalegały na dnie mojego serca, na które wcześniej zupełnie nie było przestrzeni, a teraz zostały wysłuchane i przyjęte. Uwolniło to mnóstwo niewypowiedzianego emocjonalnego bagażu i stłamszonej ekspresji, udrożniło przepływ energii. I ukoiło. Poczułam jak wyrażenie mojego bólu z przestrzeni serca i wysłuchanie go przez drugą osobę, która go zadała, rozpuściło to, co blokowało bliskość. Poczułam jak Życie może teraz płynąć. Poczułam, że zrobiło mi się bliżej niż kiedykolwiek i do mamy i do taty.

Kiedy patrzę wstecz, to widzę jak każdy jeden zapis w pamiętniku, każdy jeden post w grupie wsparcia Bethany, każda jedna sesja czy interakcja z moją mentorką Susanne, każde jedno łkanie i krzyk, które przepuściłam przez siebie w tym procesie, każdy jeden proces z ciałem, z traumami, każda jedna osoba, która mnie wspierała w procesie powrotu do siebie, każda jedna konfrontacja z osobami, które pojawiły się w moim życiu, to wszystko udrażniało wewnętrzny ból i przygotowywało mnie do mówienia o moich uczuciach, o sobie, bez atakowania drugiej osoby. Musiałam kilkakrotnie zaryzykować odrzucenie przez drugą osobę, by doświadczyć się w pozostaniu przy sobie i przy wartościach, które są bliskie mojemu sercu, a które są przejawem mojej wrodzonej Natury, z którą przyszłam. Niektóre osoby pojawiły się po to, żebym na zasadzie kontrastu zobaczyła kim nie jestem i osadziła się w tym kim jestem, a z innymi poczułam pokrewieństwo Dusz. Jedne wywoływały ból, który mnie kontaktował z bólem z dzieciństwa i dzięki temu mogłam go ukoić, inne wywoływaly ulgę, bo doświadczałam znajomego języka Duszy. Dzięki jednym i drugim coraz bardziej odkrywałam moją wrodzonę Naturę, moją Duszę i to, dlaczego tu jestem. Czuję wdzięczność za wszystkie te doświadczenia, bo dzięki nim odkryłam siebie i osadziłam się w sobie bardziej niż kiedykolwiek. Wreszcie jako prawdziwa JA mogłam przejawić się w moim rodzinnym domu i być taką przyjęta.

Każdy z nas ma swoją unikatową historię. Każdy z nas ma swój własny czas i tempo. Każdy z nas ma swoją i tylko swoją ścieżkę, którą podąża.
Nie daj sobie wmówić kiedy, jak i co masz robić, by utulić swoje zranione serce. Tylko Ty wiesz tak naprawdę co na dany moment Tobie pomaga. Powrót do siebie to bardzo intymny i bardzo indywidualny proces.
Nie daj sobie wmówić, że musisz wybaczyć, gdy tego nie czujesz, albo, że masz nie wybaczać, gdy wybaczenie samo przyszło. Nie daj sobie wmówić, że musisz się z kimkolwiek pojednać, gdy Twoje ciało i serce są na to zamknięte. Są zamknięte, bo jest powód, usłysz go.
Jest w Tobie dzieciątko, które, gdy je wysłuchasz, przyjmiesz takim jakim jest i dasz mu tyle CZASU i UWAGI ile trzeba, zaprowadzi Cię do Prawdy i Wolności, zaprowadzi Cię do Twojej Duszy. A wtedy wszystko inne się ułoży.

Prawda jest największym lekarstwem. Czasem jest cierpka, czasem trudno ją przełknąć, a czasem jest jak plaster miodu. Gdy ją przyjmujemy uzdrawia nasze serca, udrażnia Miłość.

❤️

6 przemyśleń nt. „Prawda

  1. Kilka miesięcy temu założyłem fejkowe konto na instagramie, bez zdjęć, i napisałem do pewnej młodej, znanej aktorki porno z zapytaniem “Co na to twoi rodzice”, “ja bym się powiesił mając taką córkę” itd. (oczywiście po angielsku). Cała wiadomość liczyła z 20 linijek i to był hejt. Ostatecznie ta dziewczyna przeczytała to i zablokowała mnie. Napisałem jeszcze do 2 innych na zasadzie kopiuj-wklej, ale te chyba tego nie odczytały. Szczerze? Nie mogę zrozumieć jak ktoś kto kiedyś był czyjąś ukochaną córeczką, może szedł do komunii, bawił się zabawkami, po 18 roku życia wstępuje w porno biznes. Nie umiem tego przeprocesować. Kur*ica mnie bierze. Nie wyobrażam sobie co mogą czuć rodzice widząc swoją np. 20-letnią córkę z 6 murzynami w scenach ciężkiego seksu….. czy w ogóle miłość tzw. bezwarunkowa, obejmuje taką “pracę”? Skąd może się to brać? Pomijając teorie typu “ich dusza wybrała”. Nie mogę uwierzyć, że można kochać takie osoby, które za nic mają uczucia swoich bliskich. Jakie to wszystko jest chore. Taki brak szacunku do rodziców.

    1. Może gdybyś poznał ich historie to byś zrozumiał. Może wcale nie były ukochanymi córeczkami, może same siebie nie kochają, nie wiem, wiem tylko, że zawsze są przyczyny, powody i gdy ich nie znamy, gdy ich nie widzimy, to oceniamy. Wiem też, że jeśli ktoś nas bardzo drażni to z czymś nas w sobie samym kontaktuje i warto to odkryć.

  2. Mija 1.5 roku od kiedy nie mam kontaktu z rodzicami. Sam powód był blachy, ale stoi za tym ogromny fałsz trujący tą rodzinę być może od pokoleń. Nie jestem na etapie chęci pogodzenia się . Kiedyś w kłótni powiedziałam mamie że nigdy jej nie wybaczę, ale oczekuje przeprosić , ona powiedziała niejednokrotnie że nigdy w życiu mnie nie przeprosi bo nie ma sobie nic do zarzucenia. Zawsze stawia siebie w roli ofiary oraz tej co chciała dobrze wiec wszystko co złe to nie jej wina. Jakakolwiek rozmowa o przeszłości kończyła się albo obrazą majestatu, albo komentarzami że mam się leczyć, albo że ile można wałkować temat, albo że dawno i nie prawda, albo że jestem niewdzięczna. Kiedy po latach od przeczytania jej listów do ojca w których przepraszała go, że mnie urodziła (bo nie byłam wymarzonym chłopcem ) powiedziałam jej , że o tym wiem – wyparła się. To była nasza ostatnia rozmowa. Nie czuję aby moi rodzice byli godni kontaktu ze mną , czułabym że zdradziłam mała mnie bez przeprosin i skruchy z ich strony. Czuję bardziej ulgę z braku kontaktu z nimi niż smutek, żal czy tęsknotę. Czasem pojawia się współczucie do nich. Trzymam kciuki za Twoją relacje z mamą chociaż mi samej jej nie brakuje, ale Twoja historia porusza serce.

    1. Bardzo dobrze Cię rozumiem. To wyparcie ze strony rodzica jest ścianą, która nie pozwala na prawdziwą relację i wykańcza. Ja też poczułam ulgę, gdy przestałam uderzać głową w tą ścianę i zajęłam się swoim życiem i poznaniem siebie samej, tego kim naprawdę jestem. Relacja to dwie osoby, kiedy nie ma otwarcia w jednej z nich, to druga nic nie zrobi. Pozdrawiam ciepło…
      Dziękuję bardzo za kciuki 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.