Towarzyszenie

Często słyszę od osób, którym towarzyszę w odbudowywaniu wewnętrznej relacji takie zdania: „Nie wiem jak mam mówić do mojego dziecka wewnętrznego” albo „Nie wiem co mam mówić” albo „Ona/on nie chce ze mną rozmawiać”, „Nie wiem co zrobić, żeby się nie bała”, „Nic co mówię nie pomaga”…

Nie wiemy Kochani. Nie wiemy jak rozmawiać z tym maluszkiem w środku, nie wiemy jak rozmawiać z naszymi rodzonymi dziećmi, nie wiemy jak rozmawiać z innymi dorosłymi. Mało kto z nas doświadczył empatycznej komunikacji, takiej która widzi, czuje, nie pośpiesza. Jednocześnie wiemy doskonale czego nie lubimy w komunikacji, a co nam w niej pomaga. Czujemy kiedy komunikacja nas zbliża, a kiedy oddala. Czujemy, gdy w komunikacji jest spotkanie, a kiedy czegoś się od nas w niej wymaga czy wywiera presję. Czucie jest tutaj kluczowe.

Jak się czujesz, gdy masz np. kiepski dzień, gdy w pracy coś poszło nie tak, pokłóciłaś się z mężem/pokłóciłeś się z żoną, dzieci Cię wkurzają itd. Czego wtedy najbardziej potrzebujesz? Potrzebujesz wtedy mądrych słów? Potrzebujesz wtedy rad? Pomaga, gdy ktoś mówi „nie bój się”, „jutro będzie lepiej”, „uspokój się”?
Nie wiem jak Ty, ale mi pomaga po prostu to, że mogę się wtedy wygadać i nikt mi w tym nie przerywa, pomaga mi to, że widzę na twarzy tej drugiej osoby, że mnie słucha i rozumie, pomaga mi to, że ta osoba zatrzymuje się w biegu swojego życia i robi na mnie miejsce, i jest. Po prostu jest i kuma o co mi chodzi. A jeśli nie przeżyła tego, co ja i nie umie się do tego odnieść, to przynajmniej ze mną posiedzi, obok, bez telefonu, bez rozglądania się na boki, z oczami zwróconymi na mnie.

Ani my, ani nasze dzieci wewnętrzne tak naprawdę nie potrzebują, by zabrać od nich to, jak się czują. Potrzebujemy tego, by ktoś nam w tym jak się czujemy, towarzyszył, ale tak na poważnie, z uważnością, bez bagatelizowania, racjonalizowania, pocieszania, które wypływa z niecierpliwości czy z dyskomfortu wywołanego naszymi emocjami. Potrzebujemy, by wybrzmiało z nas to, co potrzebuje wybrzmieć, by nikt tej naszej ekspresji nie tłumił, by wychodziła taka jaka wychodzi, bez korekty. Potrzebujemy być uhonorowani w tym, co w nas żywe, w tym, co wyszło do powierzchni z głębi naszego jestestwa. Gdy to dostaje przestrzeń, totalnie nieoceniającą, nie pośpieszającą, nie próbującą tego zmieniać, to następuje naturalne organiczne samo-ukojenie.

Dzięki temu poczucie wartości i zaufania do siebie pozostaje nienaruszone i jednocześnie wzmacnia się więź z drugą osobą, bo możemy być w totalnej rozsypce i ta osoba nas takiej nie zmienia, ona przy nas takiej trwa.

Jako mama wielokrotnie doświadczyłam tego, że nie mogłam zrobić nic na problemy i bolączki moich dzieci, a każde moje słowo, którego używałam po to, by wyciszyć ich reakcje czy je skrócić, wzmagało je. Pamiętam jeden konkretny wieczór kilka lat temu, który zmienił mnie na zawsze. Wieczorem do sypialni przyszła do mnie córka. Był jakiś problem, a ja czułam, że po prostu nie mam siły jemu zaradzić, że jedyne co mogę zrobić to tylko słuchać. Nie wcinałam się, nie szukałam co by tu powiedzieć, po prostu dałam jej przestrzeń, by płynęła na tej fali. Ta fala zamiast opaść, jeszcze bardziej się wzmogła, od jednego problemu przeszło do drugiego i do następnego, wysypał się cały worek. A ja tylko słuchałam, przytakiwałam, ocierałam łzy, mówiłam „rozumiem Cię Kochanie”. W myślach wróciłam do podobnych problemów w moim życiu, gdy byłam dzieckiem i wtedy… ogarnęło mnie współczucie dla tamtej siebie i dla mojej córki. Czułam, że naprawdę się rozumiemy, że ona czuje, że ja to traktuję na poważnie o czym ona mówi. Rozmowa nie przyniosła jednak żadnego rozwiązania, córka zasnęła obok mnie, a ja pomyślałam coś w rodzaju „no pięknie… dalej nie załatwione…”.

Następnego ranka, gdy otworzyłam oczy, ku mojemu zdziwieniu, zobaczyłam uśmiechniętą buzię mojej córki. „Mamo, bardzo ci dziękuję za rozmowę wczoraj. Duuuuuużo lepiej się czuję” i wyskoczyła z łóżka. A ja rozpłakałam się z wzruszenia… Tyle i aż tyle potrzebujemy. Kumającego towarzyszenia, przestrzeni, w której może wybrzmieć, to co potrzebuje wybrzmieć…

Tego dnia dotarło do mnie, że nie muszę znać odpowiedzi na wszystkie pytania, że nie muszę naprawiać świata, że wręcz te trudne chwile są okazją do pogłębiania więzi. Tego dnia jeszcze bardziej poczułam czego potrzebuje moja wewnętrzna Magdusia. Tego dnia zrozumiałam dlaczego tak ważne są dla mnie słowa „Jestem przy tobie”.

Byliśmy sami, totalnie sami, tak wiele razy. Nie było uszu, które chciałyby słuchać, nie było oczu, które chciałyby widzieć nasze zapłakane oczy, nie było serc, które chciałyby poczuć ból naszego dziecięcego serduszka. Teraz my już duzi możemy to wnieść tam, gdzie zabrakło. Poczuć w sobie tą małą dziewczynką, tego małego chłopczyka i być dla nich przestrzenią, w której może wszystko wybrzmieć. Teraz już tak.

2 przemyślenia nt. „Towarzyszenie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.