Wszystkie wpisy, których autorem jest Magdalena

Żeńskość…

Jakiś rok temu z kawałkiem, kolejna spirala życia zaczęła mnie stopniowo, pomalutku zabierać w odkrywanie wewnętrznego krajobrazu, którego wcześniej zupełnie nie znałam. Na początku myślałam, że to tylko chwilowe, że budzi się po prostu pewnego rodzaju kreatywność, wraca wrażliwość, ale teraz widzę, że ten proces postępuje znacznie głębiej i inicjuje mnie w… Żeńskość. Ale nie w to coś, co pod przebraniem żeńskości jest w istocie dalej patriarchatem lub jego jakąś formą, lecz w tą pierwotną, prawdziwie żeńską, starożytną, bez początku i końca, bez formy, pulsującą czystym życiem i treścią, tą która bije z samego źródła Stworzenia.

Jestem prowadzona od miejsca do miejsca, w sobie i na zewnątrz, od jednej ucieleśniającej ją kobiety do drugiej, od wspomnień indywidualnych do rodowych, kolektywnych i z powrotem do moich własnych, od zwierząt mocy do starych drzew, od mitów i legend do faktów z historii i z powrotem…
Ta podróż jest niesamowicie fascynująca, jakbym czytała zakazane przez stulecia zwoje. Konfrontuje mnie z kolejnymi iluzjami i kopiowanymi bezrefleksyjnie z pokolenia na pokolenie znaczeniami, które we mnie wsiąknęły, a którym teraz się przyglądam, kwestionuję, badam. No i oczywiście dotykam zapomnianych, bolesnych miejsc, które bardzo dawno żadnego dotyku i uwagi nie doświadczyły.

Proces trwa i trwa, bo po drodze napotykam fatamorganę po fatamorganie, w swoim własnym wewnętrznym krajobrazie i w zewnętrznym. Znaczenia, interpretacje, które wchłonęłam pod wpływem odciętej od żeńskości “kultury”, padają jedno po drugim, wywołując mniejsze czy większe “What the fuck? Jak ja mogłam tego wcześniej nie widzieć?”. Proces trwa, bo wymaga ode mnie głębokiego wczuwania się, by rozróżnić tzw. szczere złoto od podróbki, trójwymiarowy żywy oryginał od płaskiej, zwodniczej iluzji. Jedno emanuje Jej energią, drugie na Niej żeruje udając, że Nią jest. Jedno jest prawdziwym Jej przejawem, drugie przejawem przebranego w nią patriarchatu.

Wygląd, wizerunek, stylizacje, słowa, czy nawet czyny, nie mają tu większego znaczenia. Coś może wyglądać jak Żeńskość w czystej postaci a nią nie być i odwrotnie. Czasem przecieram oczy ze zdumienia, gdy odkrywam, że coś co sprawiało wrażenie tej prawdziwej Żeńskości jest zaledwie jej atrapą, a coś co z góry zakładałam, że jest nie-Żeńskością, jest jej prawdziwym, szczerym przejawem. Dzieje się to zarówno we mnie jak i na zewnątrz.
Odkrywam gdzie sama się “przebierałam” i “przebieram”, gdzie Ją urabiam w coś łatwiejszego do strawienia dla siebie i dla innych, gdzie wstydzę się Jej i jej pierwotności, jej czystej postaci. Odkrywam jak mało Ją znam, jak mało mi Jej pokazano, jak bardzo Ją w sobie skurczyłam, jak stanęłam po “ich” stronie przeciwko Niej, jak bardzo przez lata dopasowywałam Ją do panującej “kultury”.
Odkrywam na co się nabierałam, jakie jej okrojone wersje kupowałam, co uznawałam za jej przejaw, bo tak mi ją serwowano czy nadal się serwuje. I to nie tylko w tzw. powszechnej kulturze. Również w tzw. “rozwoju” jest używana, bezczeszczona, nazywana czymś czym nie jest. Jak to mówi Sera Beak – patriarchat dziś nosi sukienkę bogini.

I tu nie chodzi o osądzanie, ani siebie, ani innych, tu nie chodzi o szukanie winnych. Jesteśmy w tym wszyscy, i kobiety i mężczyźni, od stuleci. Myśmy po prostu zapomnieli, ulegliśmy wiekom propagandy, indoktrynacji, postępującemu odzieleniu od Niej w nas samych i na zewnątrz.
Tu chodzi o zatrzymanie się, by zacząć Ją rozpoznawać, by stopniowo rozróżniać czym jest, a czym nie jest, by mogła się rozgościć w ciele i popłynąć szerokim strumieniem. Kompasem w tym jest CZUCIE, bo ją się czuje.

To jak przestawienie się z wyuczonych, wyrobionych kolein i pójście boso ścieżką nigdy wcześniej nie przemierzaną. Wtedy Ona ma szansę stać się widoczną dla oczu i serca.
Ja w takich momentach czuję Jej obecność, tak prawdziwie, namacalnie. Czasem to trwa kilka sekund, czasem dłuższą chwilę, czasem przelewa się przeze mnie na kartki papieru albo na płótno, czasem jest spojrzeniem jakim patrzę na drugą osobę. Czasem jest obok, a czasem za mną, czasem we mnie, patrzy moimi oczami, czuje moim sercem, doświadcza moim ciałem. Czasem milczy przeze mnie i słucha, a czasem mówi przeze mnie coś, czego ja bym w życiu ze strachu nie powiedziała. CZASem… Ona jest tam, gdzie się zatrzymujemy, gdy przestajemy pędzić, gdy dajemy sobie czas…
Jednego razu, w trakcie procesowania kolejnej warstwy poczucia oddzielenia od mojej prawdziwej Natury, wpadłam w jej ramiona i aż oddechu nie mogłam złapać. Szlochałam, całe moje ciało szlochało i trzęsło się z ulgi, bo poczułam tak wielkie Jej chcenie mnie takiej, dokładnie takiej jaką jestem. Ona wręcz mnie taką stworzyła. Nie ma NIC co Ona we mnie odrzuca, nie ma NIC co Ona w ogóle odrzuca. Na wszystko robi w sobie miejsce.

Ona jest moją Przewodniczką, ale nie decyduje za mnie, pozostawia WYBÓR. I nic za mnie nie robi. To ja robię krok za krokiem. Uczy mnie samodzielności i jednocześnie zawsze mogę w nią opaść, gdy się zachwieję. W chwilach, gdy boli, ona “zatrzymuje czas” i jest ze mną tak długo jak trzeba. Gdy proszę o pomoc podaje rękę, ale nie pomaga tam, gdzie wie, że poradzę sobie sama. O nie, nie pozwoli na to, by odebrać mi moją własną siłę i sprawczość. Ciągle mi przypomina, że wszystko mam już w sobie, w takiej unikatowej kombinacji jaka jest potrzebna dla mnie i dla świata, mam sobie tylko przypomnieć i w tym stanąć i z tego żyć. Do tego jest nieziemsko cierpliwa… Boże, jaka Ona jest cierpliwa… Kompletnie nie interesuje ją w jakim czasie ten proces się dokona, lecz jak głęboko i prawdziwie. Ja, wychowana w kulturze wyścigów i osiągnięć, przyzwyczajona do kalendarzy, budzików i deadline’ów popędzam siebie i tracę momentami cierpliwość… ale uczę się od Niej, by dawać sobie czas, by pozwolić sobie dojrzewać, w swoim i tylko swoim tempie.
Czasem musi coś “poprzez znaki” powtórzyć kilkakrotnie, bo im niedowierzam albo przeoczam. Trafiam wtedy w ślepe uliczki, robię puste przebiegi, a ona pyta “czego się z tego nauczyłaś?” i przysyła mi kolejne większe i mniejsze znaki, jak tą świeczkę, którą ostatnio dostałam w prezencie od kobiety, której towarzyszę w jej procesie. Aż tak dosłownie musiała, by dotarło… DRUKOWANYMI LITERAMI.

Mam w sobie ducha pioniera. To nie pierwszy raz, gdy idę w Nieznane. Jednak ta podróż jest inna od poprzednich. Czuję jak idą w nią, ramię w ramię, moja Dusza i moja ludzka, cielesna część, razem. Zapisków z tej podróży i obrazów zbiera się coraz więcej. Czy ujrzą kiedyś światło dzienne? Nie wiem. Póki co, proszę Was o cierpliwość… ❤️

Czytaj dalej Żeńskość…

Samopotępienie

Dla każdego uzdrowienie będzie oznaczało coś innego. Dla mnie uzdrawianie nie polega na tym, by oczekiwać od siebie tego, by się już nigdy nie zdenerwować, nie złościć, nie mieć reakcji, nie popełniać błędów, lecz to, jaka DLA SIEBIE jestem w takich momentach. Dlaczego? Dlatego, że uważam, że nie ma takiej możliwości, że jak przejdziemy jakąś terapię, to już nigdy się nie zdenerwujemy, nie nakrzyczymy na kogoś, że nerwy nam w związku z czymś nie puszczą, bo życie jest życiem i stresujące sytuacje będą się zdarzały. Dlatego chodzi o coś innego – jeśli jesteś w procesie powrotu do siebie i zdarzy Ci się jakaś stresująca sytuacja, jeśli jesteś wobec kogoś niemiła/y, jeśli popełniasz jakiś błąd, to pytanie, które warto sobie zadać brzmi – jak potraktuję w tym siebie? Czytaj dalej Samopotępienie

Esencja

Wielkanoc jest dla mnie osobiście niezwykle magicznym i symbolicznym czasem. Czasem głębokiej transformacji przez śmierć. Coś musi umrzeć, by dać życie czemuś nowemu. Tej Wielkanocy umiera we mnie jedno z największych kłamstw, w które uwierzyłam, a które definiowało mnie przez lata.

Kiedyś przeczytałam gdzieś w życzeniach wielkanocnych taki zapis:

Z-mar-twych-wstanie

Pamiętam jak ciarki mnie wtedy przeszyły… Tego roku ten zapis wrócił w mojej głowie, więc wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Chodziłam z nim przez ostatnie kilka dni i dziś rano obudziłam się z klarownością. Czytaj dalej Esencja

Odzyskana Szpilka

Kochani, koniec października/początek listopada to w naszym kręgu kulturowym czas refleksji nad tym co odchodzi, co obumiera. Dla naszych Słowiańskich przodków był to czas wyciszenia po święcie plonów. Przygotowywano się do spotkań z duchami przodków, do Zaduszek, Dziadów. U Celtów, którzy niegdyś zamieszkiwali moją ukochaną Irlandię był to czas święta Samhain, które honorowało śmierć starego i narodziny nowego. Na całej wyspie palono ogniska, które miały przygotować lud na ciemność zimy. 
W dzisiejszej Polsce to czas, gdy odwiedzamy groby naszych przodków, by uszanować pamięć o nich. Zapalamy świeczki, kierujemy modlitwy, spotykamy się z najbliższymi. 
W dzisiejszej Irlandii to czas Halloween, lampionów z dyni, przebierańców, szkieletów i czaszek.

Dla mnie osobiście to bardzo ważny czas. Czas przejścia pomiędzy lekkością i wesołością lata do zadumy i refleksji jesieni. Jesień uczy mnie jak puszczać to, co już musi odejść, uczy mnie, by zaufać temu, że to co umiera odrodzi się za jakiś czas z nową siłą i wigorem, uczy mnie jak zaufać cyklom, uczy mnie dawać sobie i innym czas… Czytaj dalej Odzyskana Szpilka

Dar

Kochani, poniżej zamieszczam pewną bajkę, która do mnie przywędrowała z internetu. Czytając ją, sama nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. Mówi tak wiele o tym, jak nie szanuje się wyjątkowości w każdym z nas, nie tylko w szkole, ale w życiu w ogóle. I tu nie chodzi tylko o wrodzone umiejętności np. to, że ktoś jest bardziej intelektualistą, a ktoś bardziej sportowcem, ktoś ma bardziej umysł matematyczny, a ktoś inny humanistyczny, a ktoś inny jest urodzonym artystą. Każdy z nas ma też swoją naturę emocjonalną, swoje postrzeganie świata, swój sposób doświadczania życia, które są darem dla innych, z których inni mogą czerpać i się inspirować. Nie robić tak samo, nie kopiować, po prostu inspirować, by to zrobić po swojemu, w swój unikatowy sposób. Czytaj dalej Dar

Pancerz zaprzeczenia

Mnóstwo kobiet nosi na sobie emocjonalny ciężar związku, niańczą swoich mężów, akomodują ich własne nieuświadomione braki emocjonalne i lęki, a gdy w końcu zaczynają mówić „nie”, mąż jest zdziwiony i mówi, że “jej odbiło”. Zaczynają oskarżać ją i osoby, które ją wspierają – przyjaciółkę, terapeutę o niszczenie małżeństwa czy rodziny, nie zdając sobie sprawy, że sami niszczą ją od dawna traktując członków rodziny w raniący czy wykorzystujący sposób. Nie dlatego, że są złymi ludźmi, lecz dlatego, że funkcjonują nieświadomie z wewnętrznych ran, które odnieśli w dzieciństwie. Problem w tym, że nawet nie wiedzą, że jakąkolwiek ranę mają i że z niej operują zadając ból najbliższym. Nauczyli się temu zaprzeczać bardzo wcześnie, będąc jeszcze małym dzieckiem. Mężczyznom wbija się do głów, że nie wolno płakać, że to wstyd, co to za facet, który się nad sobą „rozczula”. Dla wielu mężczyzn problemy w relacjach to temat wysoce wstydliwy, mówienie o tym to takie “babskie”, przecież nie będą się użalać, “Co to za facet, który potrzebuje pomocy psychologa?”. Czytaj dalej Pancerz zaprzeczenia

Dar skruchy

Którejś jesieni w czasie studiów, po kolejnym alkoholowym ciągu mojej mamy i tyradzie przeciwko mnie, przestałam się do niej odzywać. Boże jak ja nie chciałam tego roku jechać na Święta do domu! No ale pojechałam, gdzie miałam iść? Poza tym były u dziadków, więc troszkę mniej się bałam dzięki temu. Przy łamaniu opłatkiem mama powiedziała do mnie: “Wybaczam Ci”. W mojej głowie aż zahuczało! Wybaczam Ci??? Co mi wybaczasz? Znoszenie Twojego nałogu? Wszczynanie kłótni? Prowokacje? Obgadywanie mnie przed rodziną? Jedyne co ze mnie wtedy wyszło bez namysłu to: “A ja Tobie nie.” Resztę Świąt przeżyłam w wielkim poczuciu winy myśląc o sobie jak o potworze, który nawet w Święta nie ma miłosierdzia dla własnej matki… Zawzięta, harda, nieugięta – to czytałam z oczu mojej mamy i jej twarzy. Totalna dezaprobata dla mojej reakcji i uczuć. Czytaj dalej Dar skruchy

Ira Sancta

Kiedyś się jej bałam. Kiedyś od niej uciekałam, robiłam wszystko, by do niej nie doszło, a gdy doszło, to próbowałam schować ją przed całym światem i samą sobą, a gdy wylazła i było za późno, karałam się morzem poczucia winy. Teraz już bardzo rzadko to robię. Daję jej przestrzeń, gdy pojawia się we mnie i pokazuje mi moje nowe TAK, pokazuje mi nową, dopiero co świeżutko odkrytą w sobie granicę, o której istnieniu do tej pory nie wiedziałam. O czym mówię? O ira sancta – święta złość jak ja to nazywam. Czytaj dalej Ira Sancta

Gdy relacja z rodzicem boli.

Rodziców doskonałych nie ma i nie będzie. Każdy rodzic gdzieś po drodze popełnia błędy. Jedni większe, drudzy mniejsze. Tego nie unikniemy. Fajnie, gdy rodzic potrafi się zatrzymać i zreflektować, wysłuchać, przyjąć informację zwrotną, skorygować swoje zachowanie, okazać skruchę czy przeprosić za krzywdę, którą z różnych powodów wyrządził.

Ale co zrobić, gdy mimo, iż jesteśmy dorośli, rodzic nadal traktuje nas jak swoją własność, gdy nadal rani i kompletnie nie bierze za to odpowiedzialności, ba wręcz nie widzi w swoim zachowaniu nic krzywdzącego. Gdy nadal manipuluje, straszy, wkręca poczucie winy, źle życzy, znęca się psychicznie, poniża, kontroluje, wtrąca się do naszego życia, chce o nim decydować, obsmarowywuje przed rodziną, wymaga 100% szacunku, samemu go nie okazując. A gdy próbujesz wyjść z tego uwikłania wpada w szał i obrzuca cię obelgami albo strzela focha albo straszy, że przez ciebie umrze… Czytaj dalej Gdy relacja z rodzicem boli.

Odpowiedzialność za siebie w związku

Jakże wiele razy robimy coś, co rani drugą osobę w związku. Nie dlatego, że to, co robimy jest raniące samo w sobie i robimy to celowo, by zranić. Rani, bo uderza w emocjonalną ranę, którą ten człowiek nosi w sobie od lat.

Napisała do mnie ostatnio kobieta, która jest rozdarta wewnętrznie, ponieważ przyjaźni się z kimś, kto wspiera ją w rozwoju, a kto wg jej męża zagraża ich związkowi. Napisała, że być może powinna wycofać się z tej przyjaźni, by zrobić przestrzeń w swoim życiu na samodzielny wzrost, a poza tym wie, że rani męża tą przyjaźnią i nie chce mu dodawać cierpień. Hmmm… delikatna sprawa… Czytaj dalej Odpowiedzialność za siebie w związku