Wrodzona natura

Mieliście tak, że słyszeliście od rodziców komunikaty w rodzaju:
– Przez ciebie głowa mi pęka!
– Przez ciebie osiwieję!
– Do grobu mnie wpędzisz!
– Co ty masz za pomysły, chcesz, żeby ojciec zawału dostał?
i tym podobne…

Wiecie co one robią? Wywołują w dziecku poczucie sprawczości tam, gdzie dziecko faktycznie go nie ma i obarczają odpowiedzialnością za coś, na co tak naprawdę nie ma wpływu albo w ogóle się nie wydarza. Do tego ta rzekoma sprawczość zakłada powodowanie czyjegoś cierpienia i to tak jakby to dziecko celowo to robiło.
Jakie to ma konsekwencje w późniejszym życiu? Takie, że to dziecko już jako dorosły, kiedy próbuje być sprawczy, działać, szczególnie, gdy ma nietypowe, innowatorskie pomysły lub po prostu inne niż jego najbliższe otoczenie, jego podświadomość nadal kojarzy sprawczość z cierpieniem i byciem zawstydzanym, więc co zrobi? Zablokuje to działanie. Taki dorosły świadomie chce działać, ale nie wychodzi, więc wrzuca sobie “Co jest ze mną nie tak? Dlaczego nie działam?”, szuka w sobie tzw. wewnętrznego sabotażysty, a prawda jest taka, że jest w nim małe dziecko, a nie jakiś paskudny złośliwy sabotażysta, dziecko, którego nikt nie odczarował z wpisanego przekonania “Twoje działanie, Twoja aktywność, przynosi udrękę, przynosi ból”. To dziecko nie wie, że prawda jest inna.
Taki dorosły również ma problem z rozeznaniem tego, na co faktycznie ma wpływ w swoim życiu, a na co nie, co jest jego odpowiedzialnością, a co jest odpowiedzialnością innych ludzi, więc mnóstwo energii traci na zajmowanie się sprawami, które powinien pozostawić innym i ma trudność z przekierowaniem uwagi i działania w swoje sprawy.

Jeśli oprócz takich komunikatów były inne, typu “Czemu nie możesz spokojnie usiąść? Czemu się kręcisz? Czemu nie możesz być jak siostra/brat, zobacz jaka ona/on jest spokojna/y” to dziecko dostaje przekaz, że coś jest nie tak z jego wrodzoną naturą, a bycie ruchliwym, aktywnym, spontanicznym jest złe i trzeba nauczyć się je wstrzymywać. To dziecko, by uniknąć zawstydzania, strofowania, karania zaczyna stopować swoje naturalne, wypływające ze środka swego jestestwa impulsy, hamuje eksplorowanie, naturalną ciekawość, a w jego podświadomości zapisują się przekazy, np. “Coś jest ze mną nie tak” albo „To wstyd takim być, muszę się pilnować” wypędzające jego prawdziwą wrodzoną naturę i zaciągające hamulec ręczny na resztę życia.

Mogło też być odwrotnie. Może wolałaś/wolałeś siedzieć z boku, robić coś samemu/samej, powolutku, po cichutku, w swoim tempie albo po prostu nie robić, lecz obserwować i to w Tobie oceniano – „No nie wstydź się, chodź do dzieci”, „Czemu się nie bawisz z innymi” itd. Nie było tu miejsca na Twoją wrodzoną naturę, lecz zmuszano Cię do tego, żebyś był/była taki/a jak inni. I teraz może siedzisz w pracy, gdzie jest wielki zespół, a Ty się męczysz, bo najlepiej działasz w pojedynkę. Albo siedzisz w pracy, w której liczy się mega działanie, szybkość, a Ciebie to wykańcza, bo wolisz wolniej, ale dokładniej. Ale siedzisz w tej pracy, żeby nadal podświadomie udowodnić rodzinie i sobie, że nie jesteś „samotnikiem”, nieśmiałym/ą”, „dziwakiem”, że umiesz tak jak inni.

By te zaklęcia odczarować, trzeba wrócić do tamtego dziecka, którym byliśmy i najpierw okazać mu zrozumienie, że uwierzyło w to, w co uwierzyło, bo presja z zewnątrz była ogromna i nic dziwnego, że jej uległo, a następnie trzeba wnieść Prawdę, której tam zabrakło, wnieść światło świadomości i ciekawość, wnieść wspierający prawdziwą naturę przekaz i… zacząć z tej natury żyć.
Inaczej tkwimy w wewnętrznym konflikcie pomiędzy głębokim podświadomym poczuciem “Nie wolno mi być mną. Nie wolno mi być i działać w mój sposób” a pragnieniem bycia i działania w świecie jako my.

Kochani, zbliża się czas Świąt, kiedy wielu z Was pojedzie do rodzinnych domów. Nadstaw uszy, wyostrz zmysły, obserwuj – co jest Tobie otwarcie i w zawoalowany sposób przekazywane o Tobie, a kim tak naprawdę w głębi siebie jesteś? W jakich obszarach patrzysz na siebie nadal ich oczami? Zaciekaw się tym, kim tak naprawdę jest ten ktoś w środku. Jaka jest jego/jej prawdziwa, wrodzona natura, co on/ona lubi, jakie ma preferencje.

Rozmroź ciepłem miłości własnej swoje żywe, ruchliwe po swojemu, jedyne w swoim rodzaju dziecko. Zwolnij je z odpowiedzialności za rzeczy, na które nigdy nie miało wpływu, by sprawczość mogła popłynąć tam, gdzie ten wpływ faktycznie jest i taka jaka jest przejawem Twojej wrodzonej unikatowej, jedynej w swoim rodzaju, Natury.

Tata

To jest niesamowite jak im większa bliskość w relacji, tym większe synchronie Dokładnie wczoraj wieczorem, gdy wyprzytulałam dzieci przed spaniem (a tulą się duuuuuużo mocniej niż kiedykolwiek) miałam taką samą myśl jak ta, o której pisze Grzegorz poniżej. Złapałam się na tym, że tyle jest miłości, ciepła w naszym domu, a nasze dzieci dużo częściej nam mówią, że nas kochają. Piszę o tym i podaję tu post Grzegorza, by pokazać, że wszystko jest możliwe, że atmosfera w domu może się zmienić, że prawdziwa miłość może zagościć tam, gdzie jej nie było.

Bo u nas nie było. Tej prawdziwej miłości, tego prawdziwego zrozumienia nie było. Oddalaliśmy się od siebie coraz bardziej, a w tym wszystkim były małe bezbronne dzieci… Kłótnie, wrzaski, trzaski rozbijanych talerzy… Wielokrotnie padałam wtedy na kolana i zawodziłam „Ja już nie dam rady… Boże ja już nie dam rady…” Byłam wykończona… Wszystko czego próbowałam nie pomagało, wręcz było coraz gorzej. Nie wierzyłam, że coś się może zmienić… nie między nami. Miałam wrażenie, że odbijałam się od ściany. Czułam jakby cały ciężar był na moich barkach. Im bardziej Grzegorz był dla mnie nieczuły, obojętny, zimny, tym bardziej ja to odreagowywałam na dzieciach… i tym większe poczucie winy mnie dopadało. Nienawidziłam siebie i nienawidziłam jego.

W pewnym momencie dotarło do mnie, że nie tylko nie chcę go jako męża, lecz, że nie chcę go jako ojca dla moich dzieci. Zaczęło do mnie docierać, że robił krzywdę nie tylko mnie, jako żonie, ale również dzieciom jako ojciec. Ja tego wcześniej nie widziałam. Do tej pory postrzegałam tylko siebie jako tego złego rodzica. Nie widziałam tego jak bardzo zawodził emocjonalnie nie tylko mnie, ale i dzieci.
Pamiętam, jak któregoś razu, zrezygnowana powiedziałam do Grzegorza coś w rodzaju – „Nie chcesz robić nic z naszym małżeństwem, to nie, nie musimy być razem, ale pamiętaj, że zawsze będziesz ich tatą. Pytanie jaką chcesz mieć z nimi relację.” Pamiętam jego wyraz twarzy, jakby mówił „O co ci chodzi kobieto?”

Mam wrażenie jakby to było lata świetlne temu, jakby to było w innym życiu… Przez ten czas OBOJE przeszliśmy tysiące wewnętrznych mil… KAŻDY z nas musiał się w końcu spotkać z bólem, który był wyparty, a którego doświadczyliśmy zanim w ogóle się poznaliśmy. KAŻDY z nas wziął odpowiedzialność za relację ze swoim wewnętrznym dzieckiem. I stopniowo, kroczek po kroczku, nasza wspólna relacja zaczęła przechodzić metamorfozę. Ale to nie koniec. Bo, to ma ciąg dalszy…

Przez to, że my się zmieniliśmy, każdy z nas z osobna, nie tylko nasza wspólna relacja uległa dramatycznej zmianie, lecz zmieniliśmy się również my jako rodzice. Bo im więcej miłości, zrozumienia, czułości mamy dla samych siebie, tym automatycznie okazujemy to dzieciom. Im więcej mamy w sobie zgody na siebie, takiego/taką jakim/jaką jesteśmy, tym bardziej zgadzamy się na nasze dzieci i ich unikatową wrodzoną naturę. Im więcej szacunku mamy wobec siebie samych tym bardziej szanujemy nasze dzieci, ich jestestwo, autonomię, tym łatwiej nam określać swoje granice z szacunkiem, bez zastraszania, zawstydzania czy manipulowania. I dzieci to czują, ich ciała to czują. A kiedy dzieci czują się bezpieczne, kochane, przyjmowane takie jakie są, to chcą tworzyć z nami wspólnotę.

I jeszcze jedno. Nie zdawałam sobie sprawy, jak ważne jest dla kobiety jako matki to, że jej mąż ją widzi, czuje, gdy może się na nim oprzeć. Moje macierzyństwo mogło wreszcie się we mnie rozgościć, bo Grzegorz jest mężczyzną, który je zasila swoją miłością, a ja jego miłość mogę teraz przyjąć.
To tak jak Słońce… Bez niego nic na Ziemi nie rośnie. Matka Ziemia nie rodzi, gdy jego nie ma, gdy jej nie grzeje, gdy jej nie oświetla z czułością.

Kochani… To o czym Grzegorz pisze poniżej to świadectwo tego co się dzieje w rodzinie, gdy i ona i on wezmą odpowiedzialność za swoją przeszłość, gdy pozwolą jej wybrzmieć, gdy ją opłaczą, gdy zwrócą sobie części siebie w niej zamrożone czy pogubione.

Jeśli my mogliśmy, Wy też możecie. Szczęśliwe rodziny są możliwe. Nie idealne, nie poprawne, ale żywe, prawdziwe i szczęśliwe. Życzę Wam tego z całego serca 

 

Od kilku tygodni moje dzieci pokazują mi, że bardzo mnie kochają. Często słyszę od nich tato, tatusiu kocham Ciebie.

Przychodzą, przytulają się do mnie i okazują mi miłość. Bardzo się wtedy wzruszam, a moje serce wypełnia się miłością do nich.

Od kilku dni zastanawiam się co się stało w naszej relacji, że one tak bardzo pokazują mi, że mnie kochają.

Uświadomiłem sobie i zrozumiałem, że to ja zmieniłem sposób w jaki je traktuję i jak się do nich odnoszę. One czują się teraz przy mnie bezpieczne, zauważone, a przede wszystkim daję im wolność w byciu sobą i wyrażaniu siebie.

Jestem zawsze kiedy mnie potrzebują, nie neguję ich uczuć i emocji, po prostu jestem i wspieram je.

Nie robię z siebie wszystko wiedzącego, pozwalam sobie popełniać błędy. Dzięki temu one uczą się, że też mogą robić błędy.

Nie zawstydzam ich, nie podnoszę głosu, nie poniżam ich, nie wyśmiewam ich. Jestem bardziej spokojny niż kiedykolwiek. One to czują, nie boją się już mojej reakcji tak jak kiedyś.

Teraz wiedzą, że tata jest świadomy, potrafi zapanować nad sobą i emocjami.

Nie porównuję ich, traktuję ich jak dwie indywidualne osoby. Każde z nich jest inne, wyjątkowe i ma w sobie dar.

Daję im siebie, spędzamy razem czas, dużo rozmawiamy o tym co się dzieje w ich życiu.

Ich problemy i to z czym się spotykają w swoim codziennym życiu traktuję poważnie. Potrafię zrozumieć co mogą przeżywać i jak się z tym czują. Nie są sami z tym co przeżywają i doświadczają.

Dostają teraz to czego wcześniej nie mogli ode mnie dostać. Uważność, empatię, współczucie, zrozumienie, docenienie i wsparcie emocjonalne.

Mogą mi powiedzieć co tylko chcą, wiedzą, że mogą mi zaufać. Są momenty kiedy się razem cieszymy, kiedy się razem na siebie gniewamy czy nawet złościmy. To jest część naszego rodzinnego życia.

Najważniejsze jest to, że nikt nikogo za to nie ocenia, nikt nikogo nie odrzuca. Dajemy sobie przestrzeń na wyrażanie siebie w 100%. Jesteśmy w naszej relacji autentyczni i prawdziwi. Nikt nic nie udaje, bo nie musi.

Zawsze przepraszam moje dzieci za moje nieświadome zachowanie. Potrafię się przed nimi przyznać gdzie ich mogłem zranić. One też przepraszają mnie kiedy tak czują. Nigdy ich do tego nie zmuszam, czekam, aż wypłynie to od nich samych.

Darzymy się ogromnym szacunkiem w naszej relacji. To nas do siebie zbliża i powoduje, że czujemy się kochani.

Dzięki temu, że pracuję nad sobą, procesuje triggery mogę mieć dzisiaj relację z moimi dziećmi jakiej nigdy wcześniej nie miałem.

Spotykając się z bólem, smutkiem, gniewem i żalem, których doświadczyłem jako dziecko mogę teraz jeszcze bardziej zrozumieć moje dzieci.

Otwierając się na emocje i odczuwanie otwierasz się na współczucie i zobaczenie drugiej osoby. Zaczynasz czuć to co ona przeżywa, nie jest to dla Ciebie obce.

Dzięki temu, że siebie w pełni akceptuję mogę zaakceptować moje dzieci.

Dzięki temu, że siebie pokochałem to mogę kochać moje dzieci.

Dzięki temu, że pozwalam sobie przeżywać emocje, one też mają do tego prawo.

Dzięki temu, że potrafię się troszczyć o siebie, mogę się troszczyć o moje dzieci.

Dzięki temu, że jestem obecny sam ze sobą to mogę dać im moją obecność.

Mimo, że nie jestem doskonałym ojcem to wiem, że wcale taki nie muszę być. Najważniejsze jest to jak się moje dzieci czują w mojej obecności i jak ja je traktuję.

Pozdrawiam i przytulam Grzegorz Brave

#drogadoserca

Żeńskość…

Jakiś rok temu z kawałkiem, kolejna spirala życia zaczęła mnie stopniowo, pomalutku zabierać w odkrywanie wewnętrznego krajobrazu, którego wcześniej zupełnie nie znałam. Na początku myślałam, że to tylko chwilowe, że budzi się po prostu pewnego rodzaju kreatywność, wraca wrażliwość, ale teraz widzę, że ten proces postępuje znacznie głębiej i inicjuje mnie w… Żeńskość. Ale nie w to coś, co pod przebraniem żeńskości jest w istocie dalej patriarchatem lub jego jakąś formą, lecz w tą pierwotną, prawdziwie żeńską, starożytną, bez początku i końca, bez formy, pulsującą czystym życiem i treścią, tą która bije z samego źródła Stworzenia.

Jestem prowadzona od miejsca do miejsca, w sobie i na zewnątrz, od jednej ucieleśniającej ją kobiety do drugiej, od wspomnień indywidualnych do rodowych, kolektywnych i z powrotem do moich własnych, od zwierząt mocy do starych drzew, od mitów i legend do faktów z historii i z powrotem…
Ta podróż jest niesamowicie fascynująca, jakbym czytała zakazane przez stulecia zwoje. Konfrontuje mnie z kolejnymi iluzjami i kopiowanymi bezrefleksyjnie z pokolenia na pokolenie znaczeniami, które we mnie wsiąknęły, a którym teraz się przyglądam, kwestionuję, badam. No i oczywiście dotykam zapomnianych, bolesnych miejsc, które bardzo dawno żadnego dotyku i uwagi nie doświadczyły.

Proces trwa i trwa, bo po drodze napotykam fatamorganę po fatamorganie, w swoim własnym wewnętrznym krajobrazie i w zewnętrznym. Znaczenia, interpretacje, które wchłonęłam pod wpływem odciętej od żeńskości “kultury”, padają jedno po drugim, wywołując mniejsze czy większe “What the fuck? Jak ja mogłam tego wcześniej nie widzieć?”. Proces trwa, bo wymaga ode mnie głębokiego wczuwania się, by rozróżnić tzw. szczere złoto od podróbki, trójwymiarowy żywy oryginał od płaskiej, zwodniczej iluzji. Jedno emanuje Jej energią, drugie na Niej żeruje udając, że Nią jest. Jedno jest prawdziwym Jej przejawem, drugie przejawem przebranego w nią patriarchatu.

Wygląd, wizerunek, stylizacje, słowa, czy nawet czyny, nie mają tu większego znaczenia. Coś może wyglądać jak Żeńskość w czystej postaci a nią nie być i odwrotnie. Czasem przecieram oczy ze zdumienia, gdy odkrywam, że coś co sprawiało wrażenie tej prawdziwej Żeńskości jest zaledwie jej atrapą, a coś co z góry zakładałam, że jest nie-Żeńskością, jest jej prawdziwym, szczerym przejawem. Dzieje się to zarówno we mnie jak i na zewnątrz.
Odkrywam gdzie sama się “przebierałam” i “przebieram”, gdzie Ją urabiam w coś łatwiejszego do strawienia dla siebie i dla innych, gdzie wstydzę się Jej i jej pierwotności, jej czystej postaci. Odkrywam jak mało Ją znam, jak mało mi Jej pokazano, jak bardzo Ją w sobie skurczyłam, jak stanęłam po “ich” stronie przeciwko Niej, jak bardzo przez lata dopasowywałam Ją do panującej “kultury”.
Odkrywam na co się nabierałam, jakie jej okrojone wersje kupowałam, co uznawałam za jej przejaw, bo tak mi ją serwowano czy nadal się serwuje. I to nie tylko w tzw. powszechnej kulturze. Również w tzw. “rozwoju” jest używana, bezczeszczona, nazywana czymś czym nie jest. Jak to mówi Sera Beak – patriarchat dziś nosi sukienkę bogini.

I tu nie chodzi o osądzanie, ani siebie, ani innych, tu nie chodzi o szukanie winnych. Jesteśmy w tym wszyscy, i kobiety i mężczyźni, od stuleci. Myśmy po prostu zapomnieli, ulegliśmy wiekom propagandy, indoktrynacji, postępującemu odzieleniu od Niej w nas samych i na zewnątrz.
Tu chodzi o zatrzymanie się, by zacząć Ją rozpoznawać, by stopniowo rozróżniać czym jest, a czym nie jest, by mogła się rozgościć w ciele i popłynąć szerokim strumieniem. Kompasem w tym jest CZUCIE, bo ją się czuje.

To jak przestawienie się z wyuczonych, wyrobionych kolein i pójście boso ścieżką nigdy wcześniej nie przemierzaną. Wtedy Ona ma szansę stać się widoczną dla oczu i serca.
Ja w takich momentach czuję Jej obecność, tak prawdziwie, namacalnie. Czasem to trwa kilka sekund, czasem dłuższą chwilę, czasem przelewa się przeze mnie na kartki papieru albo na płótno, czasem jest spojrzeniem jakim patrzę na drugą osobę. Czasem jest obok, a czasem za mną, czasem we mnie, patrzy moimi oczami, czuje moim sercem, doświadcza moim ciałem. Czasem milczy przeze mnie i słucha, a czasem mówi przeze mnie coś, czego ja bym w życiu ze strachu nie powiedziała. CZASem… Ona jest tam, gdzie się zatrzymujemy, gdy przestajemy pędzić, gdy dajemy sobie czas…
Jednego razu, w trakcie procesowania kolejnej warstwy poczucia oddzielenia od mojej prawdziwej Natury, wpadłam w jej ramiona i aż oddechu nie mogłam złapać. Szlochałam, całe moje ciało szlochało i trzęsło się z ulgi, bo poczułam tak wielkie Jej chcenie mnie takiej, dokładnie takiej jaką jestem. Ona wręcz mnie taką stworzyła. Nie ma NIC co Ona we mnie odrzuca, nie ma NIC co Ona w ogóle odrzuca. Na wszystko robi w sobie miejsce.

Ona jest moją Przewodniczką, ale nie decyduje za mnie, pozostawia WYBÓR. I nic za mnie nie robi. To ja robię krok za krokiem. Uczy mnie samodzielności i jednocześnie zawsze mogę w nią opaść, gdy się zachwieję. W chwilach, gdy boli, ona “zatrzymuje czas” i jest ze mną tak długo jak trzeba. Gdy proszę o pomoc podaje rękę, ale nie pomaga tam, gdzie wie, że poradzę sobie sama. O nie, nie pozwoli na to, by odebrać mi moją własną siłę i sprawczość. Ciągle mi przypomina, że wszystko mam już w sobie, w takiej unikatowej kombinacji jaka jest potrzebna dla mnie i dla świata, mam sobie tylko przypomnieć i w tym stanąć i z tego żyć. Do tego jest nieziemsko cierpliwa… Boże, jaka Ona jest cierpliwa… Kompletnie nie interesuje ją w jakim czasie ten proces się dokona, lecz jak głęboko i prawdziwie. Ja, wychowana w kulturze wyścigów i osiągnięć, przyzwyczajona do kalendarzy, budzików i deadline’ów popędzam siebie i tracę momentami cierpliwość… ale uczę się od Niej, by dawać sobie czas, by pozwolić sobie dojrzewać, w swoim i tylko swoim tempie.
Czasem musi coś “poprzez znaki” powtórzyć kilkakrotnie, bo im niedowierzam albo przeoczam. Trafiam wtedy w ślepe uliczki, robię puste przebiegi, a ona pyta “czego się z tego nauczyłaś?” i przysyła mi kolejne większe i mniejsze znaki, jak tą świeczkę, którą ostatnio dostałam w prezencie od kobiety, której towarzyszę w jej procesie. Aż tak dosłownie musiała, by dotarło… DRUKOWANYMI LITERAMI.

Mam w sobie ducha pioniera. To nie pierwszy raz, gdy idę w Nieznane. Jednak ta podróż jest inna od poprzednich. Czuję jak idą w nią, ramię w ramię, moja Dusza i moja ludzka, cielesna część, razem. Zapisków z tej podróży i obrazów zbiera się coraz więcej. Czy ujrzą kiedyś światło dzienne? Nie wiem. Póki co, proszę Was o cierpliwość… ❤️

Czytaj dalej Żeńskość…

Samopotępienie

Dla każdego uzdrowienie będzie oznaczało coś innego. Dla mnie uzdrawianie nie polega na tym, by oczekiwać od siebie tego, by się już nigdy nie zdenerwować, nie złościć, nie mieć reakcji, nie popełniać błędów, lecz to, jaka DLA SIEBIE jestem w takich momentach. Dlaczego? Dlatego, że uważam, że nie ma takiej możliwości, że jak przejdziemy jakąś terapię, to już nigdy się nie zdenerwujemy, nie nakrzyczymy na kogoś, że nerwy nam w związku z czymś nie puszczą, bo życie jest życiem i stresujące sytuacje będą się zdarzały. Dlatego chodzi o coś innego – jeśli jesteś w procesie powrotu do siebie i zdarzy Ci się jakaś stresująca sytuacja, jeśli jesteś wobec kogoś niemiła/y, jeśli popełniasz jakiś błąd, to pytanie, które warto sobie zadać brzmi – jak potraktuję w tym siebie? Czytaj dalej Samopotępienie

Esencja

Wielkanoc jest dla mnie osobiście niezwykle magicznym i symbolicznym czasem. Czasem głębokiej transformacji przez śmierć. Coś musi umrzeć, by dać życie czemuś nowemu. Tej Wielkanocy umiera we mnie jedno z największych kłamstw, w które uwierzyłam, a które definiowało mnie przez lata.

Kiedyś przeczytałam gdzieś w życzeniach wielkanocnych taki zapis:

Z-mar-twych-wstanie

Pamiętam jak ciarki mnie wtedy przeszyły… Tego roku ten zapis wrócił w mojej głowie, więc wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Chodziłam z nim przez ostatnie kilka dni i dziś rano obudziłam się z klarownością. Czytaj dalej Esencja

Odzyskana Szpilka

Kochani, koniec października/początek listopada to w naszym kręgu kulturowym czas refleksji nad tym co odchodzi, co obumiera. Dla naszych Słowiańskich przodków był to czas wyciszenia po święcie plonów. Przygotowywano się do spotkań z duchami przodków, do Zaduszek, Dziadów. U Celtów, którzy niegdyś zamieszkiwali moją ukochaną Irlandię był to czas święta Samhain, które honorowało śmierć starego i narodziny nowego. Na całej wyspie palono ogniska, które miały przygotować lud na ciemność zimy. 
W dzisiejszej Polsce to czas, gdy odwiedzamy groby naszych przodków, by uszanować pamięć o nich. Zapalamy świeczki, kierujemy modlitwy, spotykamy się z najbliższymi. 
W dzisiejszej Irlandii to czas Halloween, lampionów z dyni, przebierańców, szkieletów i czaszek.

Dla mnie osobiście to bardzo ważny czas. Czas przejścia pomiędzy lekkością i wesołością lata do zadumy i refleksji jesieni. Jesień uczy mnie jak puszczać to, co już musi odejść, uczy mnie, by zaufać temu, że to co umiera odrodzi się za jakiś czas z nową siłą i wigorem, uczy mnie jak zaufać cyklom, uczy mnie dawać sobie i innym czas… Czytaj dalej Odzyskana Szpilka

Dar

Kochani, poniżej zamieszczam pewną bajkę, która do mnie przywędrowała z internetu. Czytając ją, sama nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. Mówi tak wiele o tym, jak nie szanuje się wyjątkowości w każdym z nas, nie tylko w szkole, ale w życiu w ogóle. I tu nie chodzi tylko o wrodzone umiejętności np. to, że ktoś jest bardziej intelektualistą, a ktoś bardziej sportowcem, ktoś ma bardziej umysł matematyczny, a ktoś inny humanistyczny, a ktoś inny jest urodzonym artystą. Każdy z nas ma też swoją naturę emocjonalną, swoje postrzeganie świata, swój sposób doświadczania życia, które są darem dla innych, z których inni mogą czerpać i się inspirować. Nie robić tak samo, nie kopiować, po prostu inspirować, by to zrobić po swojemu, w swój unikatowy sposób. Czytaj dalej Dar

Pancerz zaprzeczenia

Mnóstwo kobiet nosi na sobie emocjonalny ciężar związku, niańczą swoich mężów, akomodują ich własne nieuświadomione braki emocjonalne i lęki, a gdy w końcu zaczynają mówić „nie”, mąż jest zdziwiony i mówi, że “jej odbiło”. Zaczynają oskarżać ją i osoby, które ją wspierają – przyjaciółkę, terapeutę o niszczenie małżeństwa czy rodziny, nie zdając sobie sprawy, że sami niszczą ją od dawna traktując członków rodziny w raniący czy wykorzystujący sposób. Nie dlatego, że są złymi ludźmi, lecz dlatego, że funkcjonują nieświadomie z wewnętrznych ran, które odnieśli w dzieciństwie. Problem w tym, że nawet nie wiedzą, że jakąkolwiek ranę mają i że z niej operują zadając ból najbliższym. Nauczyli się temu zaprzeczać bardzo wcześnie, będąc jeszcze małym dzieckiem. Mężczyznom wbija się do głów, że nie wolno płakać, że to wstyd, co to za facet, który się nad sobą „rozczula”. Dla wielu mężczyzn problemy w relacjach to temat wysoce wstydliwy, mówienie o tym to takie “babskie”, przecież nie będą się użalać, “Co to za facet, który potrzebuje pomocy psychologa?”. Czytaj dalej Pancerz zaprzeczenia

Dar skruchy

Którejś jesieni w czasie studiów, po kolejnym alkoholowym ciągu mojej mamy i tyradzie przeciwko mnie, przestałam się do niej odzywać. Boże jak ja nie chciałam tego roku jechać na Święta do domu! No ale pojechałam, gdzie miałam iść? Poza tym były u dziadków, więc troszkę mniej się bałam dzięki temu. Przy łamaniu opłatkiem mama powiedziała do mnie: “Wybaczam Ci”. W mojej głowie aż zahuczało! Wybaczam Ci??? Co mi wybaczasz? Znoszenie Twojego nałogu? Wszczynanie kłótni? Prowokacje? Obgadywanie mnie przed rodziną? Jedyne co ze mnie wtedy wyszło bez namysłu to: “A ja Tobie nie.” Resztę Świąt przeżyłam w wielkim poczuciu winy myśląc o sobie jak o potworze, który nawet w Święta nie ma miłosierdzia dla własnej matki… Zawzięta, harda, nieugięta – to czytałam z oczu mojej mamy i jej twarzy. Totalna dezaprobata dla mojej reakcji i uczuć. Czytaj dalej Dar skruchy

Ira Sancta

Kiedyś się jej bałam. Kiedyś od niej uciekałam, robiłam wszystko, by do niej nie doszło, a gdy doszło, to próbowałam schować ją przed całym światem i samą sobą, a gdy wylazła i było za późno, karałam się morzem poczucia winy. Teraz już bardzo rzadko to robię. Daję jej przestrzeń, gdy pojawia się we mnie i pokazuje mi moje nowe TAK, pokazuje mi nową, dopiero co świeżutko odkrytą w sobie granicę, o której istnieniu do tej pory nie wiedziałam. O czym mówię? O ira sancta – święta złość jak ja to nazywam. Czytaj dalej Ira Sancta