O mnie

Przez lata tkwiłam w zamkniętym kole, oddzielona od siebie, schowana pod stertą masek, gdzieś pomiędzy apatią, depresją, myślami samobójczymi, a agresją, ciągła huśtawka nastrojów i pustka w środku, choć na zewnątrz wyglądało, że dawałam sobie świetnie radę, taka niby pewna siebie, wygadana. Najtrudniej było mi poradzić sobie z agresją, bo uderzała w innych i wywoływała we mnie morze poczucia winy. Krzyki, ataki wściekłości, rzucanie przedmiotami… a po każdym takim ujściu nienawidziłam siebie jeszcze bardziej. Coraz mocniej się zapętlałam. Coraz mniej sobie radziłam z tą ogromną energią.

Zaczęłam szukać pomocy w rozwoju duchowym. Wyruszyłam na świętą wojnę z moim ego. Byłam gotowa go zniszczyć, pozbyć się z mojego życia. Chciałam na to wszystko spojrzeć z góry. Pomagało na chwilę i wracało ze zdwojoną siłą. Nie wystarczyło, że powtarzałam sobie „kocham się”, „jestem cudowna”, bo i tak w to nie wierzyłam. Afirmacje tylko przykrywały ból, o którego istnieniu wtedy nie wiedziałam, a który we mnie siedział stłamszony i co jakiś czas wylewał się na innych i niszczył mnie od środka.
Byłam wtedy przekonana, że byłam potworem, tym co najgorsze przydarzyło się mojej rodzinie. Ciągle czułam się winna. Nie wiedziałam wtedy co było powodem tej całej agresji, nie wiedziałam, że emocje, które przez lata tłamsiłam, szukały ujścia, nie wiedziałam, że tkwiłam w toksycznych relacjach i dostosowywałam się do tego, co mi nie służyło. Jedyne co wiedziałam, to że powinnam utrzymywać pozory normalności, przykleić uśmiech, udać pewność siebie, mimo, że w środku panował jeden wielki zamęt.
Było coraz gorzej, do tego stopnia, że zaczęłam na poważnie myśleć o egzorcyzmach. W końcu tyle rzeczy wypróbowałam i nic nie pomagało, więc może diabeł mnie opętał?

Przełom nastąpił, gdy zapisałam się na „duchowy” coaching z Susanne Billander. Celem było zgranie się z moim prawdziwym wzorcem, by wreszcie zapanowała harmonia i obfitość w moim życiu. Pamiętam ten wieczór, gdy oboje z moim mężem podjęliśmy decyzję o tym coachingu. Wydaliśmy na niego nasze ostatnie oszczędności. Pamiętam jak powiedziałam wtedy do siebie – „To jest ostatnia rzecz. Jeśli to nie zadziała, nie będę już nic robić.”
To z czym przyszło mi się spotkać w sobie w trakcie tego procesu przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Susanne jest specem od rozprawiania się z wszelkiej maści ograniczeniami i przekonaniami. Samo przebywanie “w jej energii” jest transformujące, bo ona emanuje swoim ucieleśnionym zgraniem ze sobą samą. W obliczu prawdy żywej to co sztuczne i fałszywe odpada. Sesje z nią otworzyły we mnie pokłady możliwości i potencjałów, o istnieniu których nie miałam pojęcia.

W trakcie coachingu z Susanne „trafiłam” na Bethany Webster, jej bloga
www.WombOfLight.com, a następnie na jej kurs „Uzdrawianie matczynej rany”.  Zapisując się na ten kurs, nie miałam zielonego pojęcia, że praca w jego trakcie wykonana,  w efekcie zwróci mi siebie, szacunek do siebie, miłość do siebie, wartość siebie. Kurs i grupa wsparcia, którą stworzyła Bethany były punktem zwrotnym w moim życiu. Naprawdę brak mi słów, by opisać przemianę, jaką dzięki jej programowi, wsparciu i przewodnictwu przeszłam. To dzięki niej uświadomiłam sobie prawdziwe źródło moich problemów życiowych i mogłam nareszcie się od nich uwolnić i zacząć żyć w zgodzie z sobą.

Chciałabym w tym miejscu obu tym kobietom podziękować z głębi serca. Ich doświadczenie, postawa, wewnętrzna ucieleśniona moc, to że żyją tym o czym mówią, wpłynęło na mnie w bardzo głęboki sposób. Ich przewodnictwo w czasie mojej najciemniejszej “nocy duszy” było bezcenne.
Chciałabym też zaznaczyć, że żadna z nich nie zrobiła nic za mnie. One były przy mnie. Wskazywały drogę, wspierały, trzymały dla mnie przestrzeń, a ja “rodziłam” siebie na nowo, w bólach, bo nie będę ukrywać, że to nie był bezbolesny proces. Nie raz upadałam, nie raz miałam wątpliwości, nie raz chciałam to wszystko przerwać, ale jakaś siła wewnętrzna parła do przodu.

Było warto. Było warto zajrzeć tam, gdzie najbardziej bolało, tam gdzie pochowałam wszystko to, czego nie chciałam czuć. Dzięki temu teraz żyję w małżeństwie, które przeszło totalną transformację, teraz mogę szczerze kochać swoje dzieci i być przy nich obecna, teraz mieszkam w miejscu, które kocham, teraz robię to co kocham i jestem za to godziwie wynagradzana, teraz zamiast siebie nienawidzić mam dla siebie mnóstwo empatii, akceptacji, zrozumienia, uważności, zaufania, teraz… KOCHAM SIEBIE.

Życzę tego Tobie, z całego serca, bo zasługujesz.