Dzień Wewnętrznego Taty.

Kochani, zbliża się Dzień Taty, a w związku z tym, że będę w przyszłym tygodniu poza zasięgiem, dzielę się dziś z Wami refleksjami, do jakich skłania mnie ten dzień.
 
Podobnie jak przy Dniu Mamy, tak teraz z okazji Dnia Taty zatrzymuję się przy moim Wewnętrznym Tacie i jestem myślami i sercem z tymi wszystkimi mężczyznami, którzy mieli wpływ na moją ścieżkę ostatnich lat, a od których czerpałam przykład, doświadczenie, mądrość stwarzając w sobie dobrego, kochającego, wspierającego Wewnętrznego Tatę. Droga do niego nie była łatwa. Najpierw musiałam rozpoznać i przebić się do siebie samej przez warstwy patriarchalnego ojca – tego, który dominuje, nakazuje, narzuca, wymusza, pośpiesza, krytykuje, ocenia, umniejsza, nie docenia, przykłada sztywne ramki, każe ślepo, bez kwestionowania podążać za standardami, dogmatami, za tym, co on uważa za właściwe. Ten ojciec, którego wchłonęłam i z relacji z moim własnym tatą i w związku z tym w jakiej kulturze się wychowałam rządził przez lata w moim wnętrzu. Jego oczami, patriarchalnego ojca, patrzyłam na moją żeńską część – tę emocjonalną, wrażliwą, magiczną, intuicyjną, cielesną. Traktowałam ją tak jak on.

 
Kiedy dokopałam się w sobie do tego, co najbardziej we mnie bezbronne, niewinne, czułe, delikatne, nieposkromione, niepodległe, suwerenne, rozpoczął się proces przeistaczania się mojej męskiej energii. Stanęła ona w obliczu czegoś, czego w ogóle nie znała i nie wiedziała jak się z tym obchodzić. Próbowała po staremu wielokrotnie, ale tylko na chwilę, zrywami, bo to czułe i delikatne, a jednocześnie wolne i nikomu nie podległe, rosło w coraz większą moc i nie dawało się sterować ani nadużywać. W końcu moja męska część poddała się i dała temu procesowi przestrzeń i czas… duuuuużo czasu. Z wielkiego dominującego patriarchy stała się małym chłopcem, który odkrywał żeńskość na nowo, w poszanowaniu jej. Zewnętrzny świat, któremu trudno było zrozumieć czy pogodzić się z moim skręceniem się do środka dostarczał mi informacji o głęboko wpisanych i nigdy nie zakwestionowanych przekonaniach na temat męskości i jej relacji z żeńskością, w które uwierzyłam. Jeden po drugim siadałam z nimi i zaglądałam w nie.
 
Badałam jakiej mnie mężczyźni w moim życiu, w rodzinie, wśród znajomych, w pracy, nie szanowali, nie akceptowali, kim nie wolno mi było przy nich być, jaka byłam niemile widziana, co we mnie tępili, co potępiali, czego nie chcieli bym przejawiała. Przewaliły się też przeze mnie historie moich babć i prababci, mojej mamy, ich doświadczeń z mężczyznami, ich relacji ze swoją własną męskością i żeńskością. Doświadczyłam dłuższych i krótszych okresów nie-działania, nie-wydawania na świat. Wielokrotnie miałam poczucie, że utknęłam w żeńskości, że mnie pochłania, że nigdy nie wróci moje męskie. I z tej tęsknoty za męskim, za prawdziwym męskim, pojawiła się prawdziwa gotowość na przyjęcie go… Poczułam jak bardzo jest potrzebny, kim tak naprawdę jest, jak wiele wnosi, jak ona i on tworzą całość, jak się uzupełniają. Poczułam ich niezaburzoną ekspresję, ich prawdziwe jakości, nie te skrzywione przez naszą „cywilizację”. Poczułam, że są sobie równi i jak to jest, gdy męskie działa i nie działa w zgodzie z żeńskim. Poczułam gotowość na to, by odtąd się kochali… by siebie nawzajem szanowali, wspierali, doceniali, czuli siebie nawzajem. Wielokrotnie „zobaczyłam” ich w sobie w miłosnej scenie, obdarzających siebie nawzajem czułymi pocałunkami… przenikającymi się nawzajem… za każdym razem czując ciepło i przyjemność rozchodzące się po moim ciele.
 
Taka droga od rodzonego taty do wewnętrznego taty, wewnętrznego mężczyzny. Ale ten proces nie miał miejsca tylko w środku i nie dotyczył tylko mnie. Kiedy moja własna męska energia przestała dominować, tłamsić, umniejszać, wykorzystywać moją żeńską energię, gdy zaczęła ją prawdziwe szanować, honorować, liczyć się z nią, cenić, pokazywać ją światu w jej pięknie i mocy, to jednocześnie zaczęłam inaczej patrzeć na mężczyzn. Zaczęłam widzieć co, kiedy i ile wnoszą do mojego życia i jak dużo tego jest i jak wspierające oraz gdzie potrzebuję postawić granice, gdzie potrzebuję powiedzieć „tak nie chcę”. Przestałam się wstydzić przed nimi tego kim jestem i czego potrzebuję, wręcz odwrotnie poczułam, że teraz mogę i jestem gotowa uświadamiać im i uczyć ich moją postawą o sobie, o żeńskości, o wrażliwości. Już nie z pozycji walki, przepychanek, udowadniania, docinek, lecz tak jakbym im pokazywała krainę, której do tej pory nie znali, krainę, w której męskość i żeńskość żyją w harmonii, w pięknym wewnętrznym małżeństwie.
 
Będąc dorastającą dziewczynką marzyłam o mężczyźnie, który jest silny, a jednocześnie wrażliwy. Uwielbiałam filmy, w których bohaterowie tacy byli, zakochiwałam się w nich… Dziś wiem, że to było marzenie o mnie samej, o pogodzeniu w sobie męskiego i żeńskiego. To za moim wewnętrznym mężczyzną tęskniłam, za taką męską energią, która honorowałaby to, co we mnie wrażliwe, która szanowałaby moje ciało, która nie przechodziłaby obojętnie obok moich emocji, która zatrzymywałaby się na sygnały intuicji i działała w zgodzie z nią. Tą tęsknotę projektowałam na mężczyzn, na tatę, brata, męża. I tylko ja mogłam ją ugasić w sobie. Paradoksalnie, gdy to zrobiłam zobaczyłam ich. Zobaczyłam jak każdy z nich dał mi dokładnie to, co miał mi dać i jak wiele to wniosło. I jak więcej nie mogli, bo o to miałam już sama zadbać, albo po prostu więcej z siebie nie mogli mi dać i przyszło z innych źródeł. I jednocześnie, teraz gdy widzę mężczyzn sercem, ci mężczyźni, którzy są w moim życiu, z przyjemnością dają mi więcej i więcej!
 
I to jest proces. To wymaga czasu. Tego się nie robi z dnia na dzień. To się musi przewalić, przetrawić, uświadomić. Trzeba wielokrotnie usłyszeć w sobie tę zranioną żeńskość, to dziecko wewnętrzne, tę emocjonalną istotę, to ciało, które doznało krzywd. I trzeba ją zacząć inaczej traktować. Nie tylko mówić, lecz faktycznie inaczej ją traktować. To pod wpływem tego jak się do niej odnosimy nasza męska energia dojrzewa w tę świadomą bądź nie. To jest święty proces. To proces alchemii. Nie można tego pośpieszać…
 
Ja w tym roku to właśnie będę świętować w Dzień Taty – to, że dałam sobie tak mnóstwo, mnóstwo, mnóstwo czasu oraz to jakie to owoce przyniosło. W astrologii za czas odpowiada archetyp Saturna. Wielu ludzi obawia się go, przedstawia go negatywnie, bo odpowiada też za restrykcje, ograniczenia, zakazy, nakazy. Ale Saturn, jak każdy archetyp czy znak, może mieć swoją niską lub wysoką ekspresję. Ja to widzę tak, że kiedy z nim walczymy, kiedy nie rozpoznajemy czym jest i jednocześnie nie wiemy kim my jesteśmy to doświadczamy go jako ograniczenia, ale kiedy zatrzymamy się i wsłuchamy w to dlaczego akurat teraz nas wstrzymuje, co to dobrego ma wnieść, czego mam się o sobie dowiedzieć, nauczyć, co puścić, po co sięgnąć, to okazuje się, że Saturn wspiera w nas naszą wewnętrzną głęboką i jakościową przemianę. Saturn to również autorytety, więc i to, gdzie ślepo za nimi podążamy, ale też i to, gdzie korzystamy z mądrości tych, którzy z nami rezonują i wspierają rozpoznanie własnego wewnętrznego autorytetu.
 
Moja droga „przebudzenia” zaczęła się od mężczyzn, mężczyzn lekarzy, czyli jakby nie było osób standardowo postrzeganych jako autorytety. Co jednak znamiennie dla mojej drogi to byli lekarze z alternatywnym podejściem. Doktor Kubat i doktor Krupka. Kiedy się do nich zgłosiłam byłam „zielona” jeśli chodzi o dbanie o ciało i energię życiową. Trafiłam do nich, bo chciałam się przygotować przed pierwszą ciążą. Wywrócili mój świat dań z torebki do góry nogami. Jeden i drugi uczyli mnie nowej relacji z moim ciałem, życiodajną energią w moim ciele i tak… z Duszą. To od doktora Krupki dowiedziałam się o ustawieniach systemowych i Bercie Hellingerze, to on otworzył mnie na świat metod i terapii, o których istnieniu nie miałam pojęcia. Potem byli kolejni, których Życie mi przysyłało – Janusz Zwierzycki, którego pojawienie się zainicjowało moje wejście w „świat energii” i który wspierał nas, gdy Grzegorz przechodził bardzo poważną operację, Anthony de Mello i jego książki „Przebudzenie” i „Wezwanie do miłości”, szczególnie ta pierwsza, którą najpierw uznałam za herezję, a które ostatecznie pootwierały mi klapki w mojej głowie i sercu, Colin Tipping i jego Radykalne Wybaczanie, które uświadomiło mi to, że nie jesteśmy istotami ludzkimi, które mają duchowe doświadczenie, lecz jesteśmy istotami duchowymi, które mają ludzkie doświadczenie, Gary Craig, twórca EFT – człowiek, któremu zawdzięczam bardzo wiele, którego metoda opukiwania wspierała mnie i moją rodzinę w tak wielu sytuacjach i to od EFT się „zaczęło”, to wtedy postanowiłam zostać alternatywną terapeutką, doktor Hamer i jego odkrycia praw natury, za które zawsze będę mu głęboko wdzięczna, bo to jaką mam dziś komunikację z moim ciałem zawdzięczam w głównej mierze właśnie jemu, Sir Ken Robinson, który pojawił się w idealnym momencie, gdy miałam jeszcze malutkie dzieci, a który uświadomił mi, że zgoda na popełnianie błędów jest niezbędna, by nie zabijać naturalnej kreatywności w dzieciach, w sobie, John Ruskan, którego książkę „Uzdrawianie emocjonalne” czytałam z zapartym tchem i która pokazała mi jak ważne są emocje i jak je traktować, John Bradshaw – och… ten człowiek to jeden z moich duchowych tatów gigantów, to on zaprowadził mnie do mojego wewnętrznego dziecka, Jesper Juul – pierwszy mężczyzna i w ogóle pierwszy człowiek, którego w czasie procesowania złości wpuściła do środka moja wewnętrzna dziewczynka mówiąc „tego pana w okularach chcę, on by mnie zrozumiał”, wcześniej ufała tylko zwierzętom, Richard Grannon, który pojawił się w moim życiu w czasie uzdrawiania matczynej rany i który precyzyjnie nazwał dla mnie jakiej przemocy doświadczyłam, a której nie byłam świadoma, Gabor Mate i jego pełne empatii i zrozumienia podejście do traumy i nałogów, Peter Levine i Aleksander Lowen, których książki potwierdziły mi, że kierunek, który obrałam jest właściwy i którzy pokazali mi jak obchodzić się z historią zapisaną w ciele, Franz Ruppert, dzięki któremu mojego dziecko wewnętrzne poczuło, że nie musi na siłę i szybko pojednać się z tymi, którzy zrobili mu krzywdę, co dało czas i przestrzeń na organiczny, autentyczny proces, Kaypacha – mężczyzna, który zaciekawił mnie astrologią ewolucyjną dzięki której zobaczyłam siebie, mojego męża i dzieci w zupełnie inny sposób, pełen respektu i szacunku dla tego z czym przyszli i co mają do wniesienia. I mój ukochany Mistrz i Przyjaciel – Chrystus, z którym od końca grudnia 2012 roku mam bardzo osobistą relację, bez żadnych pośredników i dogmatów.
 
Jest tych mężczyzn więcej, tutaj wymieniłam tylko tych, którzy mieli najbardziej kluczowy, przełomowy wpływ na moją ścieżkę powołania. Być może kogoś pominęłam i dopiszę, gdy mi się to pokaże. Dlaczego o nich piszę w kontekście Dnia Taty? Bo nasz wewnętrzny tata, nasz wewnętrzny mężczyzna to oprócz chronienia tego, co w nas wrażliwe, honorowania tego, co żeńskie, również to, co robimy w świecie, to działanie w zgodzie z naszym powołaniem. Ci mężczyźni, których wymieniłam realizowali lub nadal realizują swoje powołanie. Są autorytetami w swoich dziedzinach. I ja nie muszę tak jak oni, mogę inaczej, ale to oni mnie inspirują, wspierają tym czym się dzielą, w ich powołaniu mogę się przejrzeć i sprawdzać co jest moje, z czym rezonuję, a co zrobię inaczej, po swojemu, w zgodzie z moim wewnętrznym autorytetem. Są moimi duchowymi ojcami i wymieniając ich tutaj chcę im podziękować za ich obecność w moim życiu i za to, co wnieśli ❤
 

Nie mamy jednego taty. Mamy ich wielu. I tak, jest jeden taki, którego nikt nie zastąpi, ten który Cię począł albo wychował. Relacja z nim wpłynęła na Ciebie, na Twoją wewnętrzną męskość i żeńskość. Dobrze jest zbadać jak wpłynęła, dobrze jest sprawdzić czy to Tobie służy i jeśli nie, zmienić to. Dobrze jest dać sobie czas, by stworzyć swojego wewnętrznego ojca i zwolnić z tej niemożliwej roli inne osoby, w tym tego, który Cię począł czy wychował. Wtedy jesteśmy wolni, wtedy możemy iść w świat i robić siebie.

 

Pięknego Dnia Wewnętrznego Taty Kochani!

4 przemyślenia nt. „Dzień Wewnętrznego Taty.

  1. Proszę o pomoc. Czy mogła by Pani powiedzieć co zrobić , kiedy czuję emocje w ciele. Zamykam oczy i skupiam się na niej i ona znika. Nie umiem realnie poczuć. Wiem, że ciało mnie chroni przed emocjami i bólem z nimi związanym.(dysocjacja)Biorę udział w terapii Emdr i na terapii czuję jak całe moje puszcza(pojawiają się uczucia ciepła, drżenie,skurcze). I mimo, że robię to samo co na sesji nie mam takich samych efektów. Wiem, że łatwiej otworzyć puszkę Pandory z kimś, bo podświadomośc wie to i pozwala cialu puścić. Przepraszam za chaotyczność i proszę o radę. Zamówiłem ksiazki “Ciało pamieta” i “Obudzcie tygrysa”. Czy mogłaby Pani polecić jakąś książkę z technikami pozwalającymi poczuć emocje w ciele? Dziękuję za to czym się Pani dzieli, to naprawdę pomaga, wiedzieć, że ktoś przechodził przez to samo.

    1. Łukasz ja Ciebie nie wspieram w procesie, więc nie wiem w którym miejscu jesteś, na jakim etapie, nie wiem też czego uczy Ciebie Twoja terapeutka, czy uczy Ciebie również jak samodzielnie uwalniać emocje. Może być jak najbardziej tak, że na sesji ciało czuje się bezpieczniej, w sensie, że jest wsparcie, że jest ktoś to wie co robi. Daj sobie trochę czasu, emocje same się ujawnią, gdy Twoja podświadomość będzie gotowa Tobie zaufać. Nie naciskaj, nie pośpieszaj. Poczytaj też te zakupione książki, oswój się z nimi. Powodzenia!

  2. Mój tata zawodził mnie swoim wycofaniem. Nie bronił mnie. Bał się mojej matki. Ona dominowała, szalała jak tajfun, krzyczała i płakała, kontrolowała mnie, a On był tam gdzieś na boku, odsunięty. Niezdolny do ugłaskania jej, czy zaimponowania. Nigdy nie wstawiał się za mną. Nie zwracał uwagi na to z jakimi chłopcami się zadaję. Nie bali się go, nie liczyli się z nim. Nikt nie mógł mnie chronić. Nikt nie mógł powiedzieć- dbaj o moją córeczkę.
    Mój wewnętrzny tata musi mnie chronić. Moją wrażliwość, moją kobiecość i mówić mi, że jestem wartościową, śliczną dziewczynką.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *