Ból emocjonalny

Jesteśmy mistrzami w zatrzymywaniu fali emocjonalnego bólu. No, ale w końcu mamy za sobą LATA treningu. Lata wstrzymywania go, nieprzyznawania się do niego, odwracania uwagi od niego, uciekania od niego. Bo nie było na niego czasu, bo powód czucia go był niewystarczająco istotny, bo ci, którzy byli jego świadkiem nie chcieli nim być, bo nie ma się co rozczulać, bo są ważniejsze sprawy, bo inni mają gorzej, bo bo bo….

Ciągle i ciągle niechciany, ignorowany, umniejszany, bagatelizowany.

A potrzebuje tylko jednego – WYBRZMIEĆ. Wybrzmieć bez przeszkadzania mu, wybrzmieć od początku do końca po swojemu. Bez sterowania, bez korygowania, bez cenzury, BEZ OCENY. Organicznie, spontanicznie, w totalnej wewnętrznej spójności.

Bo to jest fala. Fala, która zbiera w sobie, rośnie, rośnie, osiąga swój szczyt i opada. ZAWSZE.
Ma swój ruch, dźwięk, prędkość, intensywność.
Tak długo jak w pełni nie wybrzmi, tak długo będzie się w środku kotłować i męczyć.
Tak długo jak jest kontrolowana, urabiana w coś czym nie jest, tak długo będzie wracać, by przejawić się w swojej formie.

Ona ma swój unikatowy wyraz, unikatowe przejawienie się, swój początek, rozwinięcie i koniec.
Nie ma dwóch takich samych fal.

Czasem jest skręcaniem się, wiciem, telepaniem się, szarpaniem. Czasem jest krzykiem, skomleniem, jękiem, szlochem, histerycznym śmiechem.

Nie przejawiona usztywnia ciało. Zapisuje swoją niewyrażoną formę w danej postawie.
Sprawnemu oku wystarczy spojrzeć na takie ciało, by zobaczyć w nim zamrożoną falę. 

Czasem tych fal jest bardzo dużo, czasem są wielkie, czasem są jedna po drugiej.
Gdy nie zna się natury fali, gdy nie wie się jak z nią, na niej płynąć, bo nikt nie oswoił z falami, bo nie pokazał co robić, to pojawia się strach, panika, które prowadzą do tego, że za wszelką cenę próbujemy zatrzymywać fale.

Ta cena jest bardzo wysoka, bo fale może zatrzymać jedynie wielki wewnętrzny betonowy falochron, którego efektem jest brak przepływu życia i który powoduje spiętrzenie uderzające z coraz większą siłą w ten falochron. W końcu dojdzie więc do eksplozji – do środka lub na zewnątrz.

Co więc robić, by tego uniknąć?

Możemy zacząć oswajać się z falami emocjonalnego bólu.
Stopniowo. Pomalutku. Kroczek po małym kroczku.
Możemy zacząć pozwalać wybrzmieć im w autentyczny i bezpieczny sposób.
Możemy przestać się słuchać zawstydzającego głosu, który wybija z udrażniania emocjonalnego bólu.

Życie nas w tym wesprze.
Będzie podsyłało nam okoliczności, sytuacje, które pobudzą stłamszone dawno temu czy nie udrożnione wtedy w pełni fale. Naszym zadaniem jest dać im TYM RAZEM przestrzeń, pozwolić, by wybrzmiały tak, jak potrzebują.

Podam przykłady z moich ostatnich tygodni, kiedy to odszedł nasz ukochany kocur Leo (pisałam o tym tutaj). Odstawiłam na bok to, co próbowała mówić mi głowa, np. „To TYLKO kot”, „Był z nami TYLKO 2 lata”, „Ludzie mają GORSZE przeżycia”, „Jednak PRZEŻYWASZ WSZYSTKO PRZESADNIE” i tym podobne.

Opiekując się naszym Leo dzień i noc przez 10 dni, będąc również dla moich dzieci, by mogły przeżywać tak jak potrzebowały, jednocześnie na tyle ile wtedy mogłam byłam wsłuchana w to, co narastało we mnie. Jednego dnia, gdy Leo jeszcze żył, zamknęłam drzwi mojego pokoju i zawyłam donośnym głębokim szlochem z brzucha, dokładnie takim jaki we mnie siedział. Poczułam i brzuch, i gardło i poczułam jak udrożniło się z teraz i jednocześnie udrożniło się coś bardzo starego.

Innym razem, gdy Leo już odszedł i przyszło zmęczenie po stresie wcześniejszych dni, poszłam któregoś wieczora do lasu, przy którym mieszkamy, a w którym on bywał codziennie. Poczułam, że bardzo chcę go zawołać. Głowa mówiła „Ale jego już nie ma, zwariowałaś?”. Ja jednak zrobiłam to, czego potrzebowałam. Zawołałam go tak, jak wołałam go późnymi wieczorami, gdy był już czas, by wrócił do domu – „Leo…! Leo…! Leosiu…!” Boże, jaką to mi dało ulgę, jak to zawołanie we mnie siedziało! I jaką ku mojemu zaskoczeniu radość mi to przyniosło, bo przecież tylko dlatego, że on nie żyje TO NIE ZNACZY, że ja nie mogę go wołać. Mogę!

Kolejna rzecz, którą robiłam to bardzo słuchałam mojego emocjonalnego bólu i tego, czego potrzebował. W oparciu o to decydowałam Z KIM i KIEDY dzieliłam się tym, co się działo. Jakież to było wyzwalające! Tak często idziemy z naszym bólem tam, gdzie nie jest on zrozumiany z różnych powodów albo gdzie nie ma na niego pojemności, również z różnych powodów. Zadbanie o to, by słuchać tego komu i ile powiedzieć, do kogo zwrócić się o wsparcie, powodowało, że fala mojego bólu emocjonalnego nie była zatrzymywana, NIE BYŁAM Z NIEJ WYBIJANA, więc mogła swobodnie płynąć i się udrażniać.

I to nie jest proces zakończony, bo tak jak ból emocjonalny jest falą, tak żałoba ma fale. Są momenty, gdy czuję ucisk w sercu i zamiast go ignorować czy spinać się, by go nie czuć, pozwalam wtedy mojemu ciału zrobić to, czego potrzebuje. Czasem wystarczy, by moja twarz wykrzywiła się w grymasie spójnym z tym co czuję, czasem dłoń wędruje w okolice serca i ogrzewa swoim ciepłem, czasem łezka poleci, czasem jęk wypłynie, czasem stęknięcie. TO, co na dany moment potrzebuje się przejawić, uzewnętrznić.

Jeśli w danym momencie pojawia się złość w związku z odejściem Leo, pozwalam jej wypływać takim ruchem, takim grymasem, takim dźwiękiem jakim wypływa. Gdy pojawia się rozczarowanie, apatia, podobnie. Gdy pojawia się gdybanie, pozwalam, by to się wygadało i by wypłynęły emocje w tym schowane, a z nimi znowu ruch, gest, grymas, dźwięk. Gdy czytam czy słyszę w związku z jego odejściem coś co powoduje we mnie zgrzyt czy niezgodę to pozwalam wypływać emocjom, które w tym są. Nie wymuszam na sobie co powinnam czuć, gdzie już powinnam być, jak powinnam reagować. Moim kompasem jest spójność – to co w środku, to na zewnątrz, więc pozwalam, by ciało zrobiło to, czego potrzebuje, by fala bólu, emocji udrożniła się tak jak potrzebuje, a nie co głowa o tym sobie myśli. I jestem uważna – co, kiedy, gdzie, z kim.

Oprócz tego, że w ten sposób udrażnia się ból emocjonalny nie tylko z teraz, ale również z przeszłości, a przez to wpływa spokój tam, gdzie go nie było, pojawia się również… radość! I na tę radość również sobie pozwalam, mimo, że pojawia się czasem myśli „Ej! Już zapomniałaś o Leo???”. Nie, nie zapomniałam, wręcz jest odwrotnie – jego istnienie i jego odejście pokazało mi, by korzystać z życia, by nie odkładać na potem, na kiedyś. Gdy żył zatrzymywał mnie na mizianie jego puszystego futerka, czy wyciągał na spacer po lesie, mimo, że było tyyyyle „ważnych” spraw do załatwienia, pokazując mi każdorazowo jak istotny jest reset, odprężenie i małe, a jednocześnie tak wiele wnoszące przyjemności. Swoim odejściem dobitnie mi pokazał, że to, co jest dziś, jutro może tego nie być, więc uczyń ważnym człowieku to, co jest naprawdę ważne, co Cię karmi, co wnosi radość do Twojego życia.

Dokładnie w tym momencie, pisząc te słowa spojrzałam przez okno i zapatrzyłam się w liście drzew przepięknie podświetlanych wieczornym słoneczkiem. Uśmiechnęłam się, bo tak jak on mnie wołał do lasu, tak one teraz zapraszały „Madziu… chodź tutaj. Za chwilę słoneczko zajdzie”, więc poszłam 😊

Ból emocjonalny jest częścią naszego życia. Nie unikniemy go. Nie zabezpieczymy się przed nim. Ale możemy pozwolić mu przez nas przepływać, by w ten sposób oczyszczać siebie z tego, co zalega i odsłaniać to, co jest istotne dla naszej dalszej podróży przez życie.

❤️

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

trzynaście − dwa =