Spontaniczności moja Kochana!

Kochani, dwa dni temu spontanicznie zaczął się pisać post właśnie o spontaniczności. I zdałam sobie sprawę, że blokuję go. Ja pierniczę, co za ironia! Blokuję go, bo co jak tacie będzie przykro, a my mamy teraz takie dobre relacje i tyle wsparcia, troski i miłości teraz od niego doświadczam, i z otwartym i wdzięcznym sercem przyjmuję. Więc jak tu napisać, by i uszanować tą część mnie, która przez to, co działo się w przeszłości została odrzucona i by uszanować to, co teraz z tatą odbudowujemy. Bo naprawdę, tak jak jest teraz, jeszcze nigdy nie było. I ja się zmieniłam i on. A mnie to bardzo wzrusza, bo nie sądziłam, że to będzie możliwe. Ale może właśnie dlatego mam o tym napisać, by dać światło nadziei i by podzielić się tym, co się dzieje w nas samych i w naszych relacjach, gdy zaglądamy do środka i sami zwracamy sobie te części, które zostały wystawione za drzwi wewnętrznego domu.
 

Od dłuższego czasu zachodziłam w głowę jak moja córka to robi, że po prostu tworzy, że przychodzi jej pomysł i ona nie czeka, po prostu działa. Do tego robi to z taką lekkością. Nie ma żadnych blokad w próbowaniu przeróżnych materiałów, łączenia ich, nakładania na siebie różnych warstw, tworzenia fuzji z rzeczy, które biorąc na rozsądek nie powinny być razem łączone. Nie mogłam się nadziwić z jakim zaufaniem do procesu kreacji to robi! I jednocześnie niejednokrotnie jej spontaniczność i ilość pomysłów, które chciała zrealizować i to już, przytłaczało mnie. Szukałam więc odpowiedzi, bo bardzo chciałam nie tylko jej nie stopować, nie tylko czuć na ten jej FLOW wewnętrzną zgodę, lecz chciałam czuć wręcz taki głęboki zachwyt nad tym jej kreowaniem. Chciałam, by tą zgodę i ten zachwyt z mojej strony czuła, by to nie były tylko słowa nie do końca poparte moim głębokim wewnętrznym TAK i entuzjazmem wobec jej eksperymentów. No i chciałam mieć dla siebie tą swobodę, tą przestrzeń w sobie i w moim życiu na kreatywność, a nie ciągle ją planować i wydzielać na nią kieszonki czasu.
 
Obserwowałam, zadawałam pytania i nic. No nic. Aż wróciliśmy do Polski. I wtedy poprzez konkretne sytuacje zostało mi pokazane, i wtedy do mnie dotarło – by kreować trzeba pozwolić na spontaniczność, a ja właśnie ją, spontaniczność, wystawiłam za drzwi… Dlaczego? Bo jako dziecko nie tylko nie doświadczałam zachwytu nad tym co robiłam, nie tylko nie czułam uznania tego, co ze mnie spontanicznie wypływało, lecz bardzo często słyszałam od taty: „mogłaś jeszcze TO zrobić”, „mogłaś TAK zrobić”. Niby niewinne zdanie, a ucinało, wręcz zabijało radość i podekscytowanie tym, co ze mnie wychodziło. Trup na miejscu… Zamiast uznania, docenienia, zachwytu, był komunikat, że mogło być jeszcze lepiej. I to komunikat powtarzający się notorycznie. Ciągle nie tak, nie tak jak on by to zrobił. On, czyli tata. A przecież tata wie lepiej, tata się zna. Może Twój nie, ale mój “zna się na wszystkim i wszystko wie najlepiej”.
 
Chciał dobrze, chciał pomóc, zapobiec. Niestety z każdym narzucaniem swojego lepiej, mnie było coraz mniej… a moją spontaniczność stopniowo zastępowała sztywność i rezerwa przed podejmowaniem samodzielnego działania. Zamiast docenienia tego co zrobiłam, tak jak umiałam, tak jak to spontanicznie ze mnie wypływało, przedstawiał mi wersję idealną, przy której moja wypadała blado. Nie ważne czy to było malowanie obrazka czy smarowanie chleba masłem. Zawsze znalazło się jakieś niedociągnięcie, zawsze można było zrobić to lepiej, lepiej, na które ja nie wpadałam i na którym notorycznie mnie przyłapywał. Spontaniczność? Eksplorowanie? Próbowanie? Po mojemu? Nie było na to miejsca. Poza tym było zbyt ryzykowne i ściągało na mnie KOREKTĘ. Ciągłą, notoryczną, niekończącą się KOREKTĘ. Nawet już jako dorosła słyszałam „Nie ten garnek”, „Nie ta wyciskarka do czosnku”, „Tak nie parkuj”… Ciągle pod obstrzałem uwag… Do dziś nie znoszę, gdy ktoś nade mną stoi jak coś robię. Tworzyć, nie ważne co, wolę sama, tak by ktokolwiek nie widział, by się nie przypieprzył… by nie stłamsił tego, co się bezbronnie rodzi.
 
Musiałam fizycznie pójść daleko w świat, tak daleko, by nie patrzył mi na ręce, bym mogła zwrócić sobie prawo do “po mojemu”, by pokazać sobie, że bez niego i jego wszystkowiedzenia dam sobie radę. Dopiero daleko od niego mogłam na przykład rozpocząć malowanie na płótnie i to po mojemu. On był w tym świetny, ma talent, ja nie umiem tak jak on. Musiałam więc dać sobie prawo do tego, by malować to i tak, jak ze mnie wypływa. Dopiero daleko od niego mogłam odkryć jak różna od niego jestem i że mam do tego prawo, i że nie muszę być jego niedoścignioną kopią, że mogę po swojemu malować płótno mojego życia. Dopiero daleko od niego zdałam sobie sprawę z tego jak jego postawa wniknęła we mnie i przejawiała się w dwojaki sposób – albo sama robiłam innym, to co on mi robił albo właśnie odwrotnie – nie dawałam sobie prawa do tego, by mówić innym, że mają coś poprawić. Świadomie zdecydowałam, by to zmienić, świadomie wybrałam, że chcę inaczej. Poświęciłam mnóstwo energii i czasu na to, by oduczyć się narzucania innym mojego „lepszego” oraz by zwrócić sobie prawo do domagania się poprawy, tam, gdzie nie byłam zadowolona z rezultatu czyjegoś działania. I jak to w życiu bywa, gdy coś postanowimy, co jakiś czas mam teścik, żebym mogła ucieleśnić swoją postawę, by mogła się we mnie ugruntować.
 
Przez te lata, fizycznie z dala od taty, odzyskałam przestrzeń na siebie, na dokopanie się do tego, kim jest Magdalena i jak pragnie przejawiać się w tym świecie. Doświadczałam przeróżnych stanów, od zaskoczenia „A to ja tak mam?” „A to ja tak wolę?” poprzez dumę, że jednak umiem sama i że świetnie sobie radzę po rozpacz “Gdzie jesteś tato, nie wiem co mam robić…” Kilkakrotnie wyłam do niego, by na koniec opaść w samą siebie i swoje wiedzenie i sprawczość. To było jak odłupywanie gipsu z nóg, gipsu, który nie pozwolił moim własnym „mięśniom” nabrać siły i samodzielności. Zwiotczałe i słabe wołały o niego, ale to by tylko pogłębiło zależność. Bez niego blisko Życie dawało mi szansę na to, bym stanęła na takich nogach jakie miałam, chwiejnych, niepewnych, ale moich. Z czasem zaczęły nabierać siły i pewności, z czasem były gotowe, bym mogła się na nich podnieść, wyprostować i iść tam, gdzie mnie poniosą. Teraz, gdy wróciłam na nich w rodzinne strony, gdy stoję w swoim, na tych moich odzyskanych nogach, gdy nazywam rzeczy po imieniu, gdy pokojowo rozbrajam w rozmowach z tatą stare schematy, to odzyskuję siebie i osadzam się w sobie jeszcze bardziej. Jednocześnie mam teraz więcej przestrzeni na jego sugestie. No właśnie, sugestie, bo tak je teraz postrzegam. Dziś wiem, że to jak je tata przekazuje świadczy o nim, nie o mnie i że zawsze, ale to zawsze mam wybór czy z nich skorzystać czy nie. Widzę też i czuję ile w nich jest jego troski i miłości dla mnie.
 
Mimo, że zdałam sobie sprawę z tej presji i jej wielu konsekwencji już jakiś czas temu, mimo, że zwróciłam sobie prawo do mojego sposobu robienia rzeczy i życia po mojemu, mimo, że mój tata zdecydowanie mniej mi teraz narzuca i pyta, on teraz pyta jak wolę (!!!), to dopiero teraz, gdy jestem znowu blisko niego fizycznie, dotarło do mnie, że pod wpływem tej ciągłej zewnętrznej korekty zatraciłam ją – spontaniczną część siebie. Musiałam wystawić ją za drzwi wewnętrznego domu. Nie było na nią miejsca. Nie wolno jej było się przejawiać tak, jak wypływała. A to, co z niej zostało musiało ubierać się wyłącznie w akceptowane przez tatę stroje. Nie mogła być żywa, nie poddana obróbce, nie mogła eksperymentować ani istnieć w jego obecności. Spędziła lata na wygnaniu… I teraz może już wrócić w pełni, do mojego ciała, do mojej świadomości, do mojego serca i do relacji z nim i ze światem. Teraz ją widzę, teraz ją coraz lepiej czuję, teraz ją poznaję, teraz nazywam po imieniu. Próbowała przejawiać się jak tylko mogła i w pewnych obszarach udało jej się przebić moje zinternalizowane zakazy, ale teraz, teraz gdy znam jej imię, gdy wiem kim jest, może rozgościć się we mnie na nowo. Ona nie będzie taka jak u mojej córki ani taka jak u mojej przyjaciółki, która jest chodzącym spontanem, ani taka jak u innych kobiet obecnych w moim życiu, ale to one wszystkie mi o niej nieustannie przypominały… Zachwycając się nimi, widząc tą spontaniczność i kreatywność w nich, czułam tą wewnętrzną tęsknotę… za mną samą… Dziękuję Wam kochane, że nie pozwoliłyście mi o niej zapomnieć ❤
 
Spontaniczności moja kochana! Wracaj do domu! Czekam tu na Ciebie z otwartymi ramionami. Rozgość się Kochana. Pragnę Ciebie poznać i razem z Tobą doświadczać tego świata! Ależ jestem ciekawa jak to teraz będzie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.