Wewnętrzna Komunia

Kiedy doświadczymy czegoś lepszego, wspierającego, to już nie chcemy mniej niż to, bo już wiemy, że coś innego jest możliwe i że to nas karmi. Życie czasem „przysyła” nam w tym celu osoby, które mają nam przypomnieć o tym, że zasługujemy na lepiej, które przypominają nam o sobie, o tym co pogubiliśmy z siebie na przestrzeni lat.

Poznałam kiedyś mężczyznę, który traktował mnie z szacunkiem, uważnością, który był ciekawy tego, jak postrzegam świat, ale który też nie pozwolił się na sobie „wieszać”. Swoją postawą i zachowaniem wobec mnie przypomniał mi o mojej godności, jakby nie mówiąc mówił „szanuj się kobieto, masz w sobie takie światło”. A potem był test tej godności, gdy ego chciało za nim lecieć, ale serce mówiło – „Stop. On Tobie tylko przypomina o Tobie, pokazuje jak siebie zgubiłaś. Ale to TY masz siebie odzyskać, a nie używać go jak plastra na swoje braki, lęki, rany.”

Pojawienie się tego człowieka w moim życiu spowodowało, że nie mogłam już zgadzać się na taki układ w moim małżeństwie jaki miał miejsce. Tak układ, bo to nie było to, co teraz uważam za małżeństwo. Wtedy tego oczywiście nie wiedziałam, myślałam, że to normalne, że tak to jest. Pojawienie się go spowodowało również to, że coś wtedy pękło we mnie w kwestii tego, jak pozwalałam siebie traktować przez mężczyzn – czy to tych bliskich, w rodzinie, wśród znajomych czy przez obcych.

Gdy załapałam z jaką wiadomością przyszedł, mógł oddalić się z mojego życia, bo nie trzymałam go już przy sobie tęsknotą za sobą samą. Stopniowo uświadamiałam sobie jak bardzo siebie porzuciłam, do jakiego stopnia i jak na takim chwiejnym fundamencie próbowałam budować małżeństwo. Coraz klarowniej widziałam z jakich programów i ograniczeń do tej pory żyłam i coraz bardziej docierało do mnie czego tak naprawdę chcę doświadczać w relacji z mężczyzną, a co wmówiono mi, że jest niemożliwe, nieosiągalne. Gdy zarzucono mi, że w bajki wierzę, ostro i dobitnie powiedziałam – albo będę miała takie małżeństwo, którego pragnę, albo żadnego. Nie byłam już w stanie karmić się namiastkami.  

Podobnie stało się w relacjach z kobietami. Mam teraz w moim życiu kilka mądrych kobiet, które naprawdę żyją tym, co mówią, które są spójne, które nie uciekają, gdy robi się trudno, które szanują swoją suwerenność i moją, od których czuję szczere uznanie i wsparcie. Każda z nas stoi w swojej MOCy. Potrafimy przywołać jedna drugą do porządku, gdy widzimy, że zbaczamy ze ścieżki serca, na ścieżkę ego. Z nimi doświadczam siebie. Bez żadnej cenzury. Ale to nie spadło z nieba. Zaprowadziły mnie do nich moje wybory i to jak sama traktuję siebie. Każde „nie”, które było „tak” dla mojej spójności, choć wiązało się czasem z odrzuceniem przez drugą kobietę, zbliżało mnie do tych, które kierują się tym, co jest bliskie mojemu sercu.

Był taki czas w moim życiu, gdy nie miałam ŻADNEJ przyjaciółki. Był taki czas, gdy czułam się przeogromnie samotna, porzucona, niechciana, nierozumiana. To był czas, gdy sama dla siebie stawałam się PRZYJACIÓŁKĄ, gdy sama dla siebie stawałam się kobietą, na którą mogę liczyć. Wypisałam sobie wtedy cechy, które dla mnie są podstawą prawdziwej przyjaźni i skupiłam się na tym, by je wobec siebie samej przejawiać. A potem przyszły testy – testy wierności sobie, testy wierności temu, co mnie stanowi, testy mocy tej wewnętrznej przyjaźni. Zostałam kilkakrotnie postawiona przed wyborem – skurczyć się, okroić lub zaryzykować niezadowolenie, niezrozumienie czy odrzucenie przez drugą kobietę. I za każdym razem, tam, gdzie otwarcie bądź w ukryty sposób próbowano robić ze mnie tą złą, by nie musieć się sobie przyjrzeć, gdzie próbowano przygaszać moje światło, odciągnąć mnie z mojej ścieżki, wybierałam wierność sobie.

To było trudne. Najtrudniej było tam, gdzie nie było zgody na moją wierność sobie. Wtedy szedł w moją stronę atak, zawstydzanie, wlewanie poczucia winy czy karanie milczeniem. Za każdym razem musiałam sobie przypominać, że to część procesu, że poprzez każde NIE i TAK ucieleśniam to, co dla siebie wybieram, że stwarzam tym rzeczywistość, której pragnę. Wierzę, że te kobiety pojawiły się w moim życiu, bym doświadczyła się w tym, że nie poświęcę siebie dla relacji, w której mi ciasno. Dzięki nim odkrywałam jeszcze bardziej co jest moje i dlaczego to jest dla mnie ważne. Mówiąc NIE, powiedziałam jednocześnie TAK tym, które teraz są w moim życiu, które przyjmują mnie z moim cieniem i z moim światłem, te, z którymi doświadczam trudności i sukcesów, te z którymi przywołujemy się nawzajem do porządku, gdy zapominamy o tym, po co tu jesteśmy.

I powtórzę jeszcze raz – to nie spadło mi z nieba. A piszę o tym dlatego, że słyszę od kobiet tą tęsknotę za życzliwymi, autentycznymi, bezpiecznymi relacjami z kobietami, za prawdziwym wsparciem, byciem razem i w bólu i w powodzeniu. Słyszę od czasu do czasu „Myślałam, że to wyjdzie, bo ona też jest w rozwoju, a tu znowu nie to…” albo „Ile jeszcze będę mieć tych relacji, z których nic nie wychodzi…” Tyle ile potrzeba, byś osadziła się w sobie, by relacja z drugą kobietą nie była wyznacznikiem Twojego poczucia wartości i bezpieczeństwa. Tyle, żebyś nie szukała swojej mocy u drugiej kobiety, lecz w sobie. Bo masz się doświadczyć w pokazywaniu się prawdziwa, bo masz się doświadczyć w zaryzykowaniu w tym, że zostaniesz niezrozumiana czy odrzucona, ale nie odrzucisz siebie. Bo podstawową relacją, którą umacniasz każdym NIE i TAK jest relacją z samą sobą.

Poza tym prawdziwe, szczere, autentyczne relacje to ciągły i spory wysiłek, bo wymagają tego, by obie strony były gotowe komunikować się, gdy robi się trudno, by obie strony były gotowe zajrzeć w to, co im ta relacja wydobywa z głębin ich podświadomości, a wydobywać będzie, bo zranień doświadczyłyśmy w relacjach, więc właśnie w nich one potrzebują się uzdrowić, a żeby się uzdrowić muszą się najpierw pokazać. Nie możemy przecież uzdrowić tego, co nieświadome. Poza tym paradoksalnie, gdy im więcej uzdrawiamy, tym szybciej pewne relacje mogą się rozpadać, bo dużo szybciej rozpoznajemy czy nam służą. I nie ma to nic wspólnego z tym czy w nich “wywala” więcej czy mniej, lecz z tym, czy obie osoby biorą odpowiedzialność za to, co “wywala”.

Naszym pierwowzorem relacji z kobietami jest relacja z matką – nasza własna relacja z nią, to jakie ona miała relacje z kobietami, to na co się napatrzyłyśmy, co słyszałyśmy, ale też to jak ona reagowała na nasze relacje z kobietami. Czasem wystarczy popatrzeć czy przysłuchać się małym dziewczynkom i widać jaką mamę mają i czego ich uczy o nich samych i o kobietach, i traktowaniu ich. A w życiu dorosłym to już w ogóle „odgrywamy” z innymi kobietami to, co nas skurczyło, odcięło od siebie, nie zostało wyjaśnione czy rozwiązane w relacji z mamą. Im więcej było zaniedbania, przemocy, manipulacji, toksycznych zachowań ze strony matki tym więcej może wychodzić tzw. materiału do uzdrowienia m.in. w relacjach z kobietami.

Kiedy patrzę na moje własne relacje z kobietami na przestrzeni lat, to mam poczucie, że tak jak moja mama, wymagały ode mnie, żebym przymykała oczy, żebym gryzła się w język, żebym nie mówiła otwarcie, że coś mi nie pasuje w relacji z nimi, a już absolutnie, żebym nie zwracała im uwagi. Bo kobiety w naszej kulturze już z samej racji bycia kobietą czują się gorsze, więc nie chcą słyszeć o tym, że w jakimś obszarze „coś zawaliły”. To by zburzyło i tak już kruche poczucie wartości. Ale ja jestem idealistką, wierzę głęboko w pewne wartości jak prawda czy uczciwość, a do tego czuję to, co nie jest wypowiedziane otwarcie. Tak mam, nie mogę się tego pozbyć, mogę tylko albo się z tym zgrać albo to porzucać. Gdy się zgrywam czuję wewnętrzną spójność, choć na zewnątrz mogę być wtedy za to odrzucana, gdy to porzucam, cierpię, bo czuję, że oddzielam się od mojej Duszy.

Myślę, że nie bez znaczenia było to, że wychowałam się w domu, w którym spójności nie było. Żyłam jakby w dwóch wymiarach – było to, co należało pokazywać „światu” i to, co faktycznie się działo. Często czułam się skołowana widząc jak moja mama mile odnosiła się do kobiety w ich obecności, a potem narzekała na ich temat czy obgadywała je z kimś innym. Nie miała odwagi, jak większość kobiet, powiedzieć tego, co myślała czy czuła, więc przemilczała, uśmiechała się, a potem spotykała się znowu i znowu narzekała. Nauczyłam się robić to samo. To było przecież NORMALNE. Jednak ciągle czułam ten wewnętrzny zgrzyt. Teraz, gdy łapię się na tym, że mam ochotę na kogoś narzekać to zatrzymuję się i zadaję sobie pytanie – Co mi to robi? Z czym we mnie kontaktuje? Co potrzebuję skomunikować? Jak? A jeśli nie ma przestrzeni na komunikację, to czy będę nadal utrzymywać tą znajomość i w jakim stopniu zażyłości?

Kiedy patrzę wstecz to mam poczucie, że do kobiet to w ogóle miałam drogę zamknięta. Były albo te, których się bałam i tego, co o mnie myślały, bo mama do nich na mnie narzekała i opowiadała o mnie wyolbrzymione czy nieprawdziwe historie, i były te, do których nie szłam, bo mama subtelnie, a jednocześnie skutecznie mi je obrzydzała. Bałam się więc sąsiadek, ciotek, kuzynek, a te które nie wydawały się groźne zostały mi przedstawione w tak sugestywny sposób, że trzymałam się od nich z daleka. Teraz, gdy o tym myślę to zastanawiam się czy któraś z nich w ogóle wiedziała kim tak naprawdę jestem, skoro albo miała skrzywiony obraz mnie, albo po prostu nie miała tak naprawdę okazji bliżej mnie poznać. Czy wiedziały w jakiej emocjonalnej klatce moja matka mnie trzymała?

Ja sama nie zdawałam sobie z tego sprawy. Dowiedziałam się dopiero w trakcie uzdrawiania matczynej rany. Musiałam wtedy całkowicie zerwać kontakt z mamą, żeby dojść do siebie po latach gaslightingu, manipulacji, wkręcania mi poczucia winy, przerzucania na mnie odpowiedzialności za jej emocjonalną niedojrzałość, a przede wszystkim po wieloletnim utwierdzaniu mnie w tym jak okropną córką byłam. Napisałam wtedy mamie, że potrzebuję czasu dla siebie, że przechodzę terapię. Wkurzyła się i urządziła na mnie nagonkę. Nasyłała na mnie kobiety z rodziny, znajome, które miały mnie przywołać do porządku, które miały we mnie wzbudzić poczucie winy i poczucie obowiązku wobec „biednej” i opuszczonej matki. Żadna z nich nie miała pojęcia o tym, co tak naprawdę się działo.

To jak byłam traktowana przez mamę spowodowało, że odrzucałam samą siebie na fundamentalnym poziomie i trzymałam kobiety na dystans. Żyłabym w tym nadal, gdyby nie to, że trafiłam na Bethany i jej wsparcie. To była pierwsza kobieta w moim życiu, której mogłam zaufać. Pierwsza kobieta, która miała i ma pojemność na moje jestestwo. Dzięki bezpiecznej przestrzeni, którą stworzyła, w której wspólnie z kobietami z całego świata uzdrawiałam matczyną ranę, mgła zaczęła opadać. Co nie znaczy, że od razu wyszło słońce. Nie. To był bardzo trudny i intensywny proces. Zamiast lepiej, było gorzej. Tygodniami, miesiącami przewalało się przeze mnie wszystko to, co siedziało przez lata ściśnięte. To wtedy, gdy było bardzo trudno, nauczyłam się o siebie emocjonalnie troszczyć i wtedy zrozumiałam po co są trudności w relacjach. To wtedy odzyskałam moje dziecko wewnętrzne, które zabiera mnie coraz głębiej, dzięki któremu ukorzeniam się w sobie coraz mocniej. Warstwa po warstwie.

Gdy już myślę, że to koniec, pojawia się kolejna. Tak jak ostatnio, krótko po tym jak w zeszłym roku wróciłam do Polski. Doświadczyłam wtedy okoliczności w relacji z mamą i kilkoma kobietami, które wyciągnęły na powierzchnię poczucie zawodu, odrzucenia, wykluczenia, odwrócenia się ode mnie plecami, robienia ze mnie tej złej, a wszystko po to, bym wreszcie dostała DOSTĘP i poczuła w CIELE to, co moja podświadomość bardzo wcześnie i głęboko zinternalizowała i schowała na samym dnie – lęk małej dziewczynki przed byciem fizycznie i emocjonalnie UNICESTWIONĄ przez swoją mamę. Moje dziecko wewnętrzne uznało, że jestem gotowa, by ten lęk świadomie przez swoje ciało przepuścić. To ten lęk był przez lata stale obecnym w tle odczuciem wobec mojej matki. To ten lęk mówił „Powinnam zniknąć” i powodował, że już jako 8-letnie dziecko idąc spać, siadałam na skraju łóżka i zatykałam nos, by się udusić, by przestać istnieć, bo jej przeszkadzałam. Miałam poczucie, że nikt mnie nie chce, że nawet sam Bóg mnie już nie chce i woli o mnie zapomnieć.

Przez ostatnie miesiące falami wypływało to do powierzchni. To bardzo stare poczucie, że muszę odejść, że nikt mnie tu nie chce, że przeszkadzam, że powinnam zniknąć, że ona/one pozbywają się mnie, bo mają mnie dość. To poczucie pojawiało się w duecie z dojmującym poczuciem „jestem sama”, które tak dobrze znam z dzieciństwa, bo tak było – NIKT wtedy nie stawał w mojej obronie, ani kobieta, ani mężczyzna, NIKT. Dlatego właśnie uwierzyłam, że lepiej będzie jak zniknę, dlatego uwierzyłam, że jestem ta zła. I choć wiele razy spotykałam się z tym wcześniej w sobie, teraz wróciło to na dużo głębszym, cielesnym poziomie. Ta straumatyzowana cząstka mnie mogła doświadczyć fizycznej i emocjonalnej obecności mnie dorosłej i mogła doświadczalnie poczuć, że nie jest sama, że jest mnóstwo ludzi, którzy ją chcą, dokładnie taką jaka jest, którzy widzą prawdę, którzy jej bronią, którzy nie są zagrożeniem dla niej i nie chcą jej unicestwiać.

Byłam z nią w każdej jednej fali emocji, w każdej kolejnej odczuwanej cieleśnie warstwie emocjonalnego bólu, samotności i lęku, w każdej reakcji ciała, która się ujawniała. Dawałam temu mnóstwo czasu i przestrzeni. To dziecko we mnie, moje ciało, bardzo powoli i stopniowo uwalniało poczucie zagrożenia życia, i kroczek po małym kroczku zaczynało się uspokajać i czuć, że nie jest już samo, że ma już ochronę i że jest bezpieczne. WTEDY nie, TERAZ tak. I był w tym również ze mną mój mąż, moja wieloletnia przyjaciółka tu w Polsce, przyjaciółka z Irlandii, grupa wsparcia u Bethany, z której pomocy tak dawno już nie korzystałam, była moja mentorka Joanna, która akurat teraz jak na zamówienie przeprowadziła mnie przez program świętych cykli, a w tym m.in. przez świadome „umieranie” i był terapeuta – starszy, siwy mężczyzna, który nazwał mój lęk i wsparł w „spotkaniu” z nim na poziomie ciała. Boże jak to moje ciało się bało… Ono naprawdę czuło, jakby ktoś miał mnie za chwilę udusić… ktoś kto miał mnie kochać… ktoś komu zaufałam… Dlatego ten lęk i szok był tak wielki, bo z tej strony ataku się nie spodziewałam.

Dlaczego teraz? Bo teraz byłam na to gotowa, choć to wcale nie znaczy, że było łatwo. Oj nie… To było ogromne wyzwanie. Zabrało mnie w ciemność, w mrok, w chłód, niczym do bardzo starej, opuszczonej jaskini. Bo to tam, w ciemności, odnajdujemy najbardziej wyparte, odrzucone czy straumatyzowane części samych siebie… tam, gdzie nie chcemy schodzić, tam, gdzie wieje grozą i przeszywającym zimnem. Ale kiedyś trzeba, jeśli chcemy więcej i więcej siebie odzyskać i jeszcze bardziej się w sobie osadzić.

Na wielką próbę zostało wystawione to, czym kieruję się od kilku dobrych lat słuchając głosu ciała i serca. Po raz kolejny przekonałam się, że to właściwa ścieżka i że schodzimy tam, w dół swojego jestestwa, gdy przychodzi na to czas, gdy jesteśmy gotowe zrobić w sobie miejsce na to, co potrzebuje wypłynąć, udrożnić się, uwolnić, uzdrowić, zaznaczyć swoje istnienie. To jest totalnie bezbronne i potrzebuje czasu. Jednocześnie jest w nas wewnętrzna mądrość, która wie jak się tym zająć, która wie kiedy, co, w jakim tempie i w jaki sposób ma się ujawnić i uzdrowić. Miałam “tylko” zrobić temu miejsce w sobie, w swoim życiu i nie przeszkadzać. Zaufać procesowi. Zaufać wewnętrznej mądrości. Moje dziecko wewnętrzne, moje ciało wpuściło mnie tam, bo byłam gotowa nie sterować, popędzać, wymuszać czy stosować jakieś triki na czymś, co potrzebowało sporo czasu. Teraz mogłam dostać do tego dostęp, bo wiem jak wspierać to, co jest we mnie najbardziej bezbronne i mam wsparcie w innych ludziach dokładnie takie, jakiego wtedy zabrakło.

Wielokrotnie, gdy myślałam o tym jak bardzo przerażające to musiało wtedy dla mnie jako dziecka być, czułam przeszywający dreszcz… Jak strasznie samotna musiałam się czuć… Znikąd zrozumienia. Znikąd ratunku… Znikąd ochrony, wstawienia się za mną. A byłam tylko małą dziewczynką. Do tego bardzo wrażliwą dziewczynką, czującą subtelności, niuanse, ton głosu, energię. Tej wrażliwości nie rozumiano, oczekiwano, żebym przestała ją przejawiać, chciano mnie złamać, zrobić ze mnie “normalne” dziecko, które tak jak inne dzieci miało dopasować się do tzw. realiów życia, do udawania, fałszu. A ja nie potrafiłam. Byłam więc niewygodnym dzieckiem, któremu ciągle coś nie pasowało. Wyrywało mi się to i owo, gdy inni po prostu chcieli mieć święty spokój. “Przyłapywałam” innych na niespójnościach, nieuczciwościach, „demaskowałam” ich zachowania, zadawałam niewygodne pytania, drążyłam. I za to byłam notorycznie odrzucana i wyśmiewana – „idealistka”, „romantyczka”, „zejdź na ziemię”, „wszyscy tak robią”, „coś ty taka święta”, „za kogo ty się uważasz” itd…

O ile z tatą mogłam się konfrontować i nieraz się kłóciliśmy, a on mnie za to nie unicestwiał, a nawet potrafił się zreflektować czy przeprosić, tak z mamą było inaczej – jej nie wolno było zwrócić uwagi. Jeśli to robiłam, reakcja była jedna – drastyczne odrzucenie i dawanie mi do zrozumienia, że nie istnieję dla niej. I tak sobie ostatnio analizowałam te relacje z kobietami, które na przestrzeni ostatnich lat skończyły się tym, że te kobiety mnie odrzuciły, przestały się odzywać czy zatarły ślady, że mają ze mną coś wspólnego albo oczerniały mnie za moimi plecami. I zobaczyłam to, ten wspólny mianownik – każdej z nich zwróciłam uwagę, a one zrobiły to, co moja mama – odrzuciły mnie, bo było niewygodne to, co powiedziałam, bo nie chciałam machnąć ręką na to, co robiły, a co było nie fair, nieuczciwe, nieautentyczne czy raniące wobec mnie czy wobec kogoś innego.

Tak to już mamy jako ludzie, że zrobimy wszystko, byle tylko nie musieć spotkać się z prawdą. Dlatego denerwuję ludzi, szczególnie kobiety, bo nie odpuszczam, nie gryzę się w język, bo drążę tak długo, aż prawda wyjdzie na jaw. Nie umiem żyć w fałszu. Ale nie tylko w relacjach z nimi, przede wszystkim w mojej własnej relacji sama ze sobą. Ciągle badam i sprawdzam z jakiej przestrzeni jestem i działam. I nie dlatego, że fałsz to coś niecnotliwego, lecz dlatego, że fałsz trzyma nas w nieświadomości, w klatce, w przykurczu, w małości i nie pozwala odzyskać części nas samych, które wymuszano na nas odrzucać, a przez to nie możemy odzyskać naszej Esencji i Mocy. Żyjemy wtedy z mechanizmów obronnych i rekompensujemy sobie to tu, to tam, bo może nikt nie zauważy, bo wszyscy tak robią.

Tym, co blokuje usłyszenie prawdy jest toksyczny wstyd, a śmiem twierdzić, że kobiety szczególnie mają go mnóstwo. Potrafi wywalić z okrutną siłą, gdy ktoś zwraca nam uwagę w związku z naszym zachowaniem, bo tak jak pisałam wyżej, z samej racji bycia kobietą w tej kulturze czujemy się mniej lub bardziej nieświadomie na gorszej pozycji, a jak dołożymy jeszcze do tego to, co każdej z nas zaserwowano w dzieciństwie, to mamy nieźle toksyczną mieszankę wypalającą dziury w poczuciu wartości. Toksyczny wstyd powoduje więc, że automatycznie zakładamy, że zwrócenie nam uwagi oznacza to, że jesteśmy złe, słabe, beznadziejne, że ciągle nam mało, że jesteśmy kłamczuchy, manipulantki, złodziejki, puszczalskie, suki i kurwy. Zamiast więc iść w kierunku prawdy, dajemy się wrobić toksycznemu wstydowi w jego grę i próbujemy przerzucić go na osobę, która zwraca nam uwagę. Dokładnie to robili nasi rodzice i dokładnie tego się od nich nauczyliśmy – „zabawa w gorącego ziemniaka”.

Ale my możemy teraz inaczej. Możemy się zatrzymać. Możemy świadomie toksycznemu wstydowi powiedzieć NIE i się zaciekawić – co mi to robi? Z czym mnie kontaktuje? A jeśli to nie jest przeciwko mnie? A co jeśli zadziałałam tu z jakiejś nieuświadomionej sobie części siebie? Czego ta część mnie się boi, w co wierzy, czego potrzebuje, czego nie przejawia, co założyła, a nie zapytała, nie sprawdziła czy jest prawdą, kogo widzi w tej drugiej osobie, komu jest lojalna? Jeśli mamy bardzo silną reakcję na czyjeś zwrócenie nam uwagi to może oznaczać, że jakiś aspekt nas samych siedzi uwięziony w klatce, nieuświadomiony, nieodzyskany z cienia, to może oznaczać, że steruje nami toksyczny wstyd, przez który zamiast zajrzeć pod powierzchnię, uderzamy w drugą osobę lub odcinamy się od niej.

Mój lęk przed unicestwieniem, który został wywołany przez toksyczny wstyd mojej mamy, większość życia trzymał mnie w klatce pod tytułem “nie odzywaj się”. Utwierdzał mnie w ciągłym przekonaniu, że nikt mnie TAKIEJ nie chce, takiej czyli tej, która nazywa rzeczy po imieniu, która czuje to, co nie jest otwarcie powiedziane, która chce to czy tamto wyjaśnić. Ale moja wrodzona natura TAKA jest, więc choć bardzo się starałam przemilczać, przymykać oko, to i tak prędzej czy później zwracałam uwagę rodzicom, nauczycielom czy przyjaciółkom. Bo nie jesteśmy w stanie pozbyć się swojej wrodzonej NATURY. Możemy ją próbować tłamsić, tak jak wcześniej robili to rodzice, szkoła, kościół, ale na dłuższą metę to nie działa, ona znajdzie ujście, a ponieważ jest ściśnięta czy przykurczona to wychodzi tak, jak wychodzi. Dlatego ważne jest, by rozpoznać co jest naszą wrodzoną naturą i zacząć ją przejawiać świadomie, jako DAR, bo tym tak naprawdę jest.

Jako córka, żona, mama, przyjaciółka, czy w mojej pracy, gdy towarzyszę innym, nie tylko klepię po ramieniu, nie tylko mam morze empatii, zwracam również uwagę, gdy czuję zgrzyt, gdy ktoś działając z rany, bólu, nieświadomości rekompensuje sobie swoje braki, robi coś nieuczciwie czy robi mi lub komuś innemu krzywdę. I czasem to wzbudza negatywną reakcję. Ale, gdy osoba jest gotowa w to zajrzeć, to robi się dla niej dostęp do tej części w niej, która potrzebuje utulenia, która została straumatyzowana czy wyparta i zadziałała z cienia. Gdy nie odwracamy się i nie uciekamy od naszych własnych toksycznych zachowań czyli takich, które nas samych lub innych umniejszają, pomijają, ubliżają, pogardzają, nie liczą się z uczuciami, wykorzystują, nadużywają itd., lecz badamy je, przyglądamy się im, wtedy odnajdujemy i uzdrawiamy swoje wewnętrzne rany, wtedy odnajdujemy i zwracamy sobie części nas samych, które zostały wystawione poza wewnętrzny dom.

Często możemy mieć poczucie, że nie chciałyśmy nikogo zranić, że miałyśmy dobre intencje. I to jak najbardziej może być prawda, że świadomie nie chciałyśmy. Ale to nie znaczy, że drugiej osoby nie ma prawa boleć. To nie od nas zależy czy druga osoba ma prawo czuć się zraniona, lecz od tej osoby, bo tylko ona wie czy coś ją zraniło czy nie. My możemy się jedynie zatrzymać i zbadać to, co na pierwszy rzut oka jest niewidoczne. Zawsze warto sprawdzić czy i jaki jest powód tego, dlaczego zrobiliśmy coś, co kogoś zraniło. Możemy za tym odnaleźć jakąś część nas samych, która nie może żyć jawnie, która została zawstydzona, zdemonizowana czy schowaliśmy ją ze strachu albo boimy się czy wstydzimy powiedzieć coś w jej imieniu.

Wielokrotnie to mówiłam, ale powtórzę to jeszcze raz – nie ma możliwości, żebyśmy się wcale nie ranili. To jest po prostu niemożliwe. Pytanie jest – co zrobimy, gdy dostajemy komunikat, że nasze zachowanie sprawiło komuś przykrość czy ból? Co zrobimy, gdy ktoś nas zrani? Przemilczymy? Machniemy ręką? Ugryziemy się w język? Czy zamiast tego podejmiemy trud komunikacji i trud zajrzenia w nieświadomość. Według mnie to jest niezbędne do budowania autentycznych relacji. A jeśli weźmiemy pod uwagę to, ile z nas mogło wprost się komunikować i mówić o swoich odczuciach, potrzebach i oczekiwaniach, to staje się zrozumiałym, dlaczego relacje z kobietami mogą być dla nas wyzwaniem. Mamy jako kobiety sporo wewnętrznej i relacyjnej pracy do wykonania, ale naprawdę warto ją zrobić.

Dopóki traktujemy relacje z kobietami w infantylny sposób licząc na to, że będzie w nich tylko milusio i przyjemnie, to tkwimy w iluzji. Wiem, że wiele z Was marzy o autentycznej relacji z drugą kobietą, w której będzie bezpiecznie, w której będzie spokój, wzajemne wsparcie i widzenie się nawzajem sercem, szczerość, czułość i troska, uznanie, wspólna celebracja sukcesów, ale to się WYPRACOWUJE. Każda z nas sama ze sobą i wspólnie. To jest jak pielęgnowanie ogrodu, swojego własnego i wspólnego – trzeba ziemię przeorać, wywalić kamienie i chwasty, zasiać nasiona, a potem podlewać i dbać o wyrastające owoce. I tak, pewne relacje będą łatwiejsze, a inne trudniejsze. Z jednych będą soczyste i karmiące owoce, a z innym tyle co kot napłakał. Nie wszystkie będzie warto kontynuować. Ale wszystkie nas czegoś uczą. Wszystkie mają potencjał, by nas do samych siebie zbliżyć, jeśli się wsłuchamy w to, z czym nas kontaktują.

Jest jeszcze jeden, bardzo ważny aspekt relacji między kobietami, a mianowicie to, jakie dla siebie nawzajem jesteśmy nie tylko w bólu czy trudności, ale i w powodzeniu. Czy potrafimy wspierać i celebrować małe i duże sukcesy innych kobiet i czy nasze sukcesy są celebrowane i wspierane przez kobiety w naszym życiu. Dla mnie osobiście doświadczenie drugiej kobiety, która we mnie wierzy, życzy mi dobrze i celebruje ze mną moje życiowe kamienie milowe było niezwykle przełomowe i za każdym razem bardzo mnie porusza. To, że mam takie kobiety w moim życiu uważam za jedno z największych błogosławieństw. Niejednokrotnie czułam głębokie wzruszenie przyjmując szczere, od serca gratulacje i widząc dumę, zachwyt w oczach mojej przyjaciółki czy mentorki. A do tego są to mądre kobiety, które, gdy trzeba zwracają mi uwagę, gdy to, co chcę zrobić, nie płynie z przestrzeni serca. Zatrzymuję się wtedy i badam, bo wiem, że skoro mi to mówią, to coś jest na rzeczy. Niejednokrotnie byłam wściekła na którąś z moich mentorek, bo powiedziały mi wprost to, czego nie chciałam usłyszeć. Dziś cenię to, że ważniejsza jest dla nich autentyczność i prawda, a nie to, czy przestanę je lubić.

Przekazuję to dalej, bo wierzę, że potrzebujemy mądrego wsparcia – i w trudnościach i w uczciwych sukcesach, a wszystkie zostałyśmy wychowane w patriarchalnym układzie, który produkuje antywzorce, więc łatwo się pogubić. Dlatego sama cały czas korzystam ze wsparcia mądrych kobiet, które robią to, co mówią i sama każdego dnia dbam o moją wewnętrzną relację i ciągle sprawdzam z jakich przestrzeni działam i co mną kieruje. Dzięki temu spod moich skrzydeł wychodzi wiele kobiet, które w procesie powrotu do siebie przechodzą głęboką transformację czy odkrywają swoje powołanie i idą za nim. Celebruję to razem z nimi, całym sercem, czując przeogromną, szczerą radość. Przypominam sobie, gdzie były na początku naszej wspólnej podróży i gdzie są teraz. Dla mnie to bohaterki. Bo to jest wysiłek, bo to wymaga przełamania tak wielu schematów, a potem odważnego bycia i działania na swój wyjątkowy sposób.

Gdy trzeba zwracam uwagę, gdy widzę, że zamiast z serca pojawia się działanie z ego. Jestem cała za realizowaniem się kobiet, za tym, by czuły się wartościowe i dobre w tym co robią, za tym, by odważnie stawiały granice, by sięgały po więcej, by przejawiały siebie w pełni, ale gdy pojawia się nieuczciwość, wykorzystywanie, umniejszanie, pomijanie czy poniżanie innych, reaguję. Wspieranie sukcesu tak, popieranie choćby milczeniem działania z cienia nie. Nigdy nie skreślam danej osoby, komunikuję jedynie jakie zachowanie zauważam. Po tym czy dana osoba się zatrzyma i zreflektuje widzę czy jest spójna z tym co mówi, jakimi wartościami się kieruje i czy chcę jej dalej towarzyszyć i ją wspierać. Bo nie, nie muszę wspierać wszystkich kobiet, a już na pewno nie te, które nie biorą odpowiedzialności za to, że umniejszają czy wykorzystują inne, by coś osiągnąć. 

Ku mojej radości widzę coraz więcej kobiet, które bardzo świadomie podchodzą do tego, na jakich wartościach budują swoje życie, swoje rodziny, swoje powołanie, które wybierają tą trudniejszą, wymagającą wysiłku i czasu, ale autentyczną, spójną ze sobą ścieżkę. Gdy widzę taką kobietę, która staje w swoim, w swoich talentach, w tym co jest takie bardzo jej, a nie co modne, co się sprzedaje, czy marketingowo robi furorę, która staje w poszanowaniu dla siebie samej i tego co stwarza, w poszanowaniu dla tych, którym oferuje swoje usługi i produkty, w poszanowaniu dla tych, które ją wspierały czy wspierają, czuję głębokie poruszenie, jakby coś we mnie od środka mówiło z ulgą, dumą i namaszczeniem – Kolejna, która się wyzwoliła. Kolejna, która patriarchatowi mówi NIE.

Być tego świadkiem – bezcenne… Czuję wtedy jak jej odzyskanie samej siebie, swojej zdrowej żeńskości i męskości, uzdrawia również mnie i wszystkie kobiety. Czuję jak jej odzyskane Źródło, którym emanuje wpływa na pole wszystkich kobiet i budzi te, które zapomniały kim tak naprawdę są. Takich kobiet jest coraz więcej i będzie jeszcze więcej!  Każda jedna staje się ucieleśnioną Prawdą Żywą, ucieleśnioną Duszą, gdy wyzwala się nie tylko z tego, do czego zmusza nas świat zewnętrzny, ale gdy przede wszystkim wyzwalamy się spod opresji sterującego nami od środka zinternalizowanego patriarchatu, którego celem jest zniszczenie Świętej Żeńskości, jej prawdziwych jakości oraz komunii ze Świętą Męskością.

Mój proces ostatnich miesięcy dopełnia się. Mam poczucie, że umarłam i zmartwychwstaję.  Słowa mojej mentorki Susanne sprzed 8 lat nabrały wyrazistości i głębi – Jaki jest Twój przekaz Magdaleno… i co ma wspólnego z Marią Magdaleną…? Pamiętam ten moment. To było tak, jakby czas się zatrzymał… Pamiętam tamtą pustkę w głowie i jednocześnie moje serce, które zaczęło wtedy mocniej bić, a przez całe moje ciało przeszły ciarki… Maria Magdalena… Poczułam niewytłumaczalne połączenie… Pamiętam jak mnie odtąd do niej ciągnęło i jak próbowałam ją zrozumieć głową. Ale ona stopniowo, krok po małym kroku prowadziła mnie przez te lata do mojego dziecka wewnętrznego, do mojego ciała, do czucia go, uszanowania go, do uwolnienia go, do ukochania go… do Świętej Żeńskości. Musiałam doświadczyć tego, co Ona, trafić do ciemnej, zimnej jaskini, by nareszcie spotkać się cieleśnie z Nią, tą która przez wiele wieków była demonizowana, wymazywana, umniejszana, wykluczana, odrzucana, za którą próbowano zatrzeć wszelkie ślady. Poczułam to… W ciele… W sercu… Wyłam… jak zranione zwierzę… Poczułam ILE, CO, JAK wnosi. I jak jałowe jest życie bez Niej. Poczułam jak bardzo ja Ją chcę i KOCHAM całą sobą. Zwróciłam Ją sobie wielkim TAK! Zaprosiłam Ją na mój wewnętrzny tron Mądrej Królowej, tej która WIE, tej która KOCHA, tej, której nie można się pozbyć ani unicestwić, bo Ona jest Życiem.

To o Niej przyszłam przypominać, to o Niej przyszłyśmy my Kobiety przypominać, ale nie tylko słowami, lecz przede wszystkim życiem z Niej, UCIELEŚNIENIEM miłości, najpierw do samych siebie i do tego wszystkiego, co nauczono nas w sobie samych odrzucać. To wielkie zadanie. Czasem potykamy się w nim, czasem coś na skusi, żeby się od Niej odwrócić. Ale odkryłam, że Ona nie oczekuje od nas bezbłędności i tego, byśmy były idealne. Nie. Ona chce dla każdej z nas tego, byśmy były po prostu sobą, by każda z nas była tą unikalną, jedyną w swoim rodzaju kombinacją cech, jakości, talentów. Ona mnie, Ciebie TAKĄ chce. Ona mnie, Ciebie TAKĄ miłuje. To Ona przez nas działa, gdy zwalniamy tempo, gdy otwieramy się na “czucie tego, co pomiędzy”, gdy zamiast z ego jesteśmy i działamy z przestrzeni serca. To Ona pomaga nam odnaleźć te wszystkie wykluczone poza wewnętrzny dom cząstki nas, to Ona każdą z nich miłuje, i wie, Boże jak Ona wie jak to jest żyć na wygnaniu, być oczernianą. To Ona popycha do nazywania rzeczy po imieniu i przywoływania do wewnętrznej uczciwości i spójności.   

To Ona uczy mnie wewnętrznego siostrzeństwa i prowadzi do moich duchowych sióstr. Dzięki nim osadzam się w Niej jeszcze bardziej i mniej się boję tego, że jest tak inna od tego co jest uznawane za “normalne” w tym świecie. Dzięki nim znikają wątpliwości czy jest na Nią w ogóle miejsce w tym świecie, czy nie jest za późno, czy słowa, energia, które chce przeze mnie przejawić zostaną zrozumiane i przyjęte. Widząc jak one Ją przejawiają, jak to mnie samą karmi, jak bliskie jest to mojemu sercu, mam więcej odwagi, by też Nią emanować.

Pokazało mi to jak Ona działa moje dziecko wewnętrzne, choć wtedy, kilka lat temu, nie wiedziałam, że to była Ona. Pojawiła mi się dobrze znana scena z dzieciństwa i gdy próbowałam rozmawiać z moim dzieckiem wewnętrznym, które w niej było, nic nie pomagało. Zdałam sobie w końcu sprawę, że zasypywałam je słowami, które myślałam, że powinny pomóc, zamiast zapytać to dziecko czego mu trzeba. Dziś wiem, że to Ona we mnie dokonała wtedy zwrotu. Zamilkłam więc, a potem po prostu zapytałam – “Co Ty byś chciała..? Czego potrzebujesz..?” I to dziecko odwróciło się do mnie, rozchyliło szary płaszczyk, a spod niego wybiło oślepiające Światło… “Tego chcę. To przejawić. Ale Ty się boisz jak Twoja matka”. Zamurowało mnie… Szczęka mi opadła… Tego się nie spodziewałam. To dziecko emanowało taką MOCą, taką świadomością tego, KIM i PO CO tu jest, że to ja dorosła poczułam się mniejsza od niej. Poprosiłam wtedy, by dała mi czas. Nie była zadowolona, ale zgodziła się, bo wiedziała, że nie byłam jeszcze gotowa.  Wymamrotała na koniec “Ale nie będę na ciebie czekać w nieskończoność, jest zadanie do wykonania”. Zaczyna do mnie docierać o co tak naprawdę chodzi… i jaki strach mojej matki miała na myśli.

Ona taka jest. Działa w tle. Powoduje te malutkie, a jednocześnie znaczące zmiany wewnętrznych zwrotnic. Nie rozpoznajemy Jej, nie doceniamy, bo nie wiemy, że to Ona od środka nas prowadzi. Szukamy kierowania, wskazówek na zewnątrz, do tego jesteśmy przyzwyczajeni. Jeszcze jeden autorytet, jeszcze jedna książka, jeszcze jeden stopień naukowy. A tymczasem Ona już w nas jest. Zawsze. Trzeba “tylko” zwolnić tempo, by ją usłyszeć. Bo Ona jest w ciszy, w pomiędzy, w zatrzymaniu, w ciemności, tam, gdzie nie ma rozpraszających bodźców. Gdy wchodzimy z Nią w rezonans przechodzimy z zewnątrzsterowności na wewnątrzsterowność. Odnajdujemy niewyczerpane Źródło MOCy w studni swojego jestestwa. 

Ona nie jest Światłem, Ona jest naczyniem dla Światła, kielichem, Świętym Graalem. Gdy ten kielich wypełniamy Światłem, następuje wewnętrzna komunia Świętej Żeńskości i Świętej Męskości – wewnętrzne małżeństwo przeciwieństw, Księżyca i Słońca, Nocy i Dnia, wewnętrznej kobiety, matki i wewnętrznego mężczyzny, ojca – Hieros Gamos. Tyle razy o tym czytałam, próbowałam zrozumieć to głową. Teraz to CZUJĘ. I to jest ta różnica. Nauczyło mnie tego moje wewnętrzne dziecko. Ono jest tym co łączy. Ono mieszka w sercu. Każdej z nas.

 ❤

2 przemyślenia nt. „Wewnętrzna Komunia

  1. O takiej ważnej i trudnej rzeczy tu napisałaś, że brakuje słów. Poruszyłąś strunę wrażliwą i delikatną, zranioną i raniącą. Pobędę z tym i może później przyjdą odpowiednie słowa. Dziękuję Magdaleno

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *