Podróż…

W ostatni dzień tzw. Bramy Lwa poszliśmy z Grzegorzem na spektakl, o którym dowiedzieliśmy się „przypadkiem” i na którym miało nas nie być, bo nie było już miejsc. Ale poszliśmy, licząc na to, że może ktoś nie przyjdzie i się dostaniemy. Powiedzieliśmy sobie – jak mamy być, to będziemy. No i byliśmy 😊 To przedstawienie nadal we mnie „pracuje”, nadal się we mnie „układa” i wyciąga kolejne symbole i metafory. I to z tego przedstawienia przynieśliśmy do domu istotkę, która teraz z nami mieszka i która ewidentnie miała do naszego życia przyjść. Właściwie to przygotowywaliśmy się na to już od jakiegoś czasu.

Przedstawienie nosiło tytuł „Odyseja” i było wystawiane na… Dworcu PKP w Jarocinie. Zapraszało do przyjrzenia się tematowi podróży – ten zewnętrznej i tej wewnętrznej. Każdy z uczestników jak i każdy aktor miał słuchawki i odbiorniczek, z którego sączyła się muzyka. Aktorzy nie wypowiadali żadnych kwestii, grali poprzez ruch, mimikę twarzy, gesty. Osoby postronne, podróżni przechodzący przez dworzec, pracownicy dworca itd. nie słyszeli tego, co słyszeliśmy my, w słuchawkach. Widzieli taniec, sceny, nasze reakcje, ale nie słyszeli muzyki, do której to się działo… Teraz, gdy o tym myślę, to widzę w tym niesamowitą metaforę – ilu z nas patrząc na innych nie wie do jakiej muzyki toczy się ich życie…

Były momenty w tym spektaklu, które zupełnie mnie zaskoczyły, były momenty, gdy czułam poruszenie nie wiedząc, dlaczego. Doświadczyłam też znudzenia, uczucia zmęczonych nóg i ulgi, gdy przemieszczaliśmy się wszyscy w inne miejsca dworca. Był też ucisk w klatce i łzy cisnące się do oczu, gdy jedna z postaci, kobieta, stała na głowie. Pomyślałam sobie wtedy: Boże, ile razy ja „stawałam na głowie” w moim życiu… I był też moment, pod koniec, gdy wyszliśmy na peron, na ten sam peron, na którym w przeszłości stałam niezliczoną ilość razy… Wróciły wspomnienia, wróciła we mnie ona – ta sprzed ponad 20 lat, ta która dopiero zaczynała swoje dorosłe życie, której przyszłość była jedną wielką niewiadomą. W pewnej chwili usłyszałam pisk hamującego pociągu i zobaczyłam na nim napis stacji końcowej – Jarocin. Wzruszenie ogarnęło mnie całą… Dotarłam do początku mojej podróży robiąc niezłe kółko…

„Istotą podróży jest to, co po drodze”. Jakże trafne słowa, które zamieszczono w ulotce spektaklu.

Gdy przedstawienie się zakończyło, kobieta, która w nim występowała wskazywała palcem na coś, co było z tej samej strony, z której usłyszałam pociąg. Zignorowałam to, bo całkowicie pochłonęła mnie muzyka, która nadal sączyła się z odbiorniczka. Poczułam jak bardzo poruszył mnie ten spektakl i jak bardzo nie chcę, by się kończył… Gdy w końcu oddałam odbiorniczek, zobaczyłam jego – małego rudego kotka na rękach aktorki. „On do pani pasuje” powiedziała. A ja wiedziałam… Wiedziałam, że to po niego tu przyszliśmy.

Życie jest jak podróż. Ma swoje stacje, destynacje, przesiadki, postoje. Czasem trzeba czekać aż „pociąg” przyjedzie. Czasem trzeba czekać na kogoś innego. Czasem trzeba kogoś pożegnać. A czasem kogoś witamy. Czasem wracamy do tych samych miejsc, czasem podróżujemy w nowe. Czasem lądujemy tam, gdzie miało nas nie być i okazuje się, że dokładnie tam mieliśmy się pojawić. Podróż. To ona, sama w sobie, jest celem. To ona nadaje treść. To ona nas ubogaca.

Pięknych podróży Kochani ❤

 

Dziękuję z serca twórcom i organizatorom ❤
 

2 komentarze do “Podróż…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

13 − pięć =