Rodzic z syndromem ofiary.

Jedną z najbardziej zagmatwanych i destrukcyjnych rzeczy dla psychiki dziecka jest wychowywanie się z rodzicem, który krzywdzi, ale jednocześnie robi z siebie pokrzywdzonego. Dziecko w takiej sytuacji jest obarczane poczuciem winy, traci tym samym prawo do samoobrony i jeśli to się powtarza, zaczyna wierzyć, że jest kimś kim nie jest czyli krzywdzicielem swojego rodzica, a co za tym idzie… złym człowiekiem.

To są te sytuacje, gdy rodzic krzywdzi dziecko w pasywno-agresywny sposób (na przykład poprzez wyśmiewanie, umniejszanie, degradowanie, zawstydzanie, manipulowanie, szantażowanie, okłamywanie) lub w otwarcie agresywny sposób (na przykład krzycząc, popychając, bijąc, fizycznie atakując) i gdy dziecko próbuje się przed tym obronić (na przykład miną, słowem, krzykiem, ruchem, wyszarpywaniem się, odepchnięciem), to ono jest to złe, bezczelne, nie szanuje rodzica, to ono jest niedobre, niewychowane czy powinno się wstydzić.

Rodzicem, który tak postępuje steruje syndrom ofiary, który wykorzystuje dziecko do roli oprawcy. Taki rodzic może wręcz prowokować swoje własne dziecko do tego, by na niego krzyczało, by uderzyło i jeśli dziecko to w końcu zrobi taki rodzic dostaje wreszcie to, na co ofiara w nim czeka – potwierdzenie, że to jemu dzieje się krzywda, że to on cierpi. Mogą paść wtedy słowa w stylu „zobacz co ty mi robisz”, „jak możesz tak traktować własną matkę/ojca” itd. Taki rodzic nie widzi tego, co sam robi dziecku, to dziecko jest winne, że protestuje, że się broni, więc zostaje ukarane potępieniem. Taki rodzic nie przeprasza, taki rodzic wymaga przeprosin.

Niestety to nie koniec. Zdarzają się tacy rodzice, którzy idą krok dalej i opowiadają o tym co się wydarzyło innym (rodzinie, znajomym, sąsiadce) pomijając cały kontekst sytuacji i swoje własne zachowanie. Przekręcają fakty, wyolbrzymiają, koloryzują, kłamią, a wszystko po to, by „cały świat” ich pożałował, żeby „wszyscy” wiedzieli jak okropnie są traktowani przez córkę czy syna.

Z takim rodzicem relacja jest niezwykle trudna, ponieważ opiera się na założeniu – ja (rodzic) jestem ten niewinny i dobry, ty (dziecko) jesteś ten zły, ja (rodzic) jestem ofiarą, ty (dziecko) jesteś katem. Dziecko takiego rodzica z czasem czuje coraz większy wewnętrzny przymus robienia co tylko się da, by przekonać rodzica (i świat) o tym, że jest dobrym dzieckiem, że jest dobrym człowiekiem. Niestety, choć dziecko bardzo się stara, to nie działa, ponieważ to na byciu ofiarą swojego dziecka takiemu rodzicowi nieświadomie zależy. Wręcz im bardziej dziecko będzie się starało być tym dobrym, tym bardziej rodzic będzie znowu prowokował sytuacje, które mają potwierdzić jego nieświadome przekonanie „to ty jesteś moim katem, a nie ja twoim”, „to ty mnie krzywdzisz”.

Do czego rodzic potrzebuje krzywdziciela i to w postaci dziecka? Do odegrania nieświadomie swoich krzywd z dzieciństwa, gdy to jego ktoś dorosły przekraczał, a rodzic, który był wtedy dzieckiem nie mógł zaprotestować, nie mógł się obronić, nie mógł oddać i nie mógł albo nie miał komu się pożalić. Te emocjonalne rany w nim prowokują więc kłótnie czy awantury wobec kogoś mniejszego fizycznie lub niższego statusem, ponieważ taka osoba nie stanowi dla niego zagrożenia, a wręcz to on jest teraz tym, który góruje nad drugim człowiekiem. Po drugie może wreszcie głośno i otwarcie oskarżyć, wykrzyczeć z siebie swoje żale, zapłakać nad sobą, poskarżyć się „jak on mógł/jak ona mogła”, może użalić się nad sobą i otrzymać od innych współczucie, którego nie doświadczył, gdy był krzywdzony w dzieciństwie. Po trzecie wymusza na dziecku (kacie) przyznanie się do winy oraz przeprosiny, których nie dostał, gdy sam był dzieckiem.

Dziecko wchodzi w to jak w masło, ponieważ nie jest na tyle psychicznie i emocjonalnie dojrzałe, by wiedzieć co tu się odgrywa. Nie jest w stanie poradzić sobie czy opanować prowokację czy atak agresywnego rodzica w dojrzały sposób. To z resztą nie jego rola. To rodzic jest tu dorosłym, a dziecko jest dzieckiem. Tylko, że w tej sytuacji przez rodzica przemawia jego własne zranione wewnętrzne dziecko, które atakuje siłą wstrzymanej dekady temu reakcji. Rodzone dziecko zostaje w nią wciągnięte, a jego instynkt przetrwania uruchamia pień mózgu, jednocześnie „wyłączając” racjonalną część mózgu. Co się dzieje? Dziecko nie ma możliwości zachować się logicznie i dojrzale. Ma trzy opcje – uciekać, bronić się lub udawać trupa poprzez zamrożenie czy nawet zemdlenie. Ucieczka i udawanie trupa nic nie dadzą rodzicowi, który potrzebuje kata, dlatego rodzic z syndromem ofiary próbuje aktywować w rodzonym dziecku bronienie się i nazywa je… atakiem. Dziecko broniąc się krzyczy, wyrywa się, kopie niczym złapane w pułapkę zwierzę. Uderza dosłownie lub w przenośni na oślep, walcząc o swoje życie. I na to czeka ofiara w rodzicu. Ma swojego kata.

Z takimi rodzicami relacje i w dzieciństwie i w dorosłości są bardzo trudne i wycieńczające, ponieważ nieuzdrowiona, nieukojona ofiara w nich kreuje ciągłe dramy, awantury, by wskazać kolejnych czy tych samych wiecznie znęcających się na nimi katów. Syndrom ofiary w takim rodzicu szuka czegokolwiek o co może się zahaczyć, a im bardziej dorosłe dziecko zdrowieje i wychodzi z tego układu tym bardziej absurdalne stają się próby obsadzenia go z powrotem w roli kata.

Taki rodzic potrafi kłamać w żywe oczy, wymyślać rzeczy, które nie miały miejsca czy zniekształcać fakty, by dostać swoją dawkę „ja biedna/y”. Potrafi naopowiadać innym, że dziecko go pobiło, okradło, próbowało otruć, choć nic takiego nie miało miejsca, ale prawda nie wywołałaby takiego współczucia i pożałowania, jakie taki rodzic uzyskuje opowiadając swoją wyolbrzymioną i przekoloryzowaną historię. A ci, którym rodzic opowiedział swoją zmyśloną wersję nie pytają dziecka jak było naprawdę. I to jest tragedia takich dzieci, prowokowanych, podjudzanych, atakowanych, a następnie oczernianych przez swoich własnych rodziców za próbę obrony.

Kiedy dziecko takiego rodzica próbuje wyjaśniać z nim okoliczności opierając się na faktach spotyka się z zarzutem, że kłamie i przekręca. Rodzic idzie w zaparte, ponieważ dla takiego rodzica nieświadomym priorytetem nie jest relacja, nie jest prawda, lecz podtrzymanie za wszelką cenę poczucia „to ja jestem ofiarą, to ja jestem ta krzywdzona/y, to ja jestem dobra/y, a ty zły/zła”. Dla takiego rodzica przyznanie się do wyrządzania krzywdy oznaczałoby, że to on jest „ten zły”.

Kiedy dziecko takiego rodzica decyduje się odsunąć od niego na jakiś dystans czy na jakiś czas doświadczy tego, że rodzic również tego użyje, by utwierdzić siebie w pozycji ofiary. Opowie „całemu światu” o tym jakie to niewdzięczne dziecko ma, które matkę/ojca porzuciło, które o matce/ojcu zapomniało, które się na rodzica nie wiedzieć czemu wypięło. Nie jest w stanie popatrzeć na siebie, nie jest w stanie zrobić uczciwego rachunku sumienia. Nie, dlatego, że właśnie poprzez wyparcie chroni się nieświadomie przed rozpadem tożsamości ofiary. A poskładanie siebie od nowa to za duże wyzwanie, do którego nie ma gotowości stanąć.

I mimo, że rodzic do niego nie staje, dziecko będzie musiało do niego stanąć, jeśli chce siebie wyzwolić z tego, w czym wyrosło, jeśli chce siebie wyzwolić z programów, które nadal nim sterują w związku z dynamiką odgrywaną przez lata z rodzicem. Dzieci takich rodziców mają ważną i głęboką wewnętrzną pracę do wykonania, ponieważ życie z takim rodzicem uderza w sam rdzeń człowieczeństwa dziecka. Mając rodzica, który musi być „ten dobry, ten, który jest raniony” nie pozostaje mu nic innego jak przyjąć, że jest „złym człowiekiem, tym, który rani” i wokół tego buduje swoją tożsamość, swoje własne postrzeganie samego siebie. To z tego robi wszelkie relacje z ludźmi, z życiem, z pieniędzmi, z sukcesem, ze zdrowiem. Takie dorosłe dziecko ma w sobie dziecko, które nie wie, że ma prawo do samoobrony, do swojej wersji wydarzeń, do wyjaśnień, do szacunku, do przeprosin. Takie dziecko często nawet nie wie, że to jemu wyrządzono krzywdę. Nie do końca zdaje sobie sprawę z tego kto tak naprawdę ranił, a kto był ofiarą, więc ląduje w związkach, relacjach, w których znowu ktoś w nie uderza i znowu jest oskarżane czy potępiane, gdy próbuje się sprzeciwić czy obronić. Bo takie dziecko nie wie, że jest… dobre i nie wie, że nie musi tego udowadniać.

Jedną z rzeczy, która jest niezbędna do tego, by dziecko mogło wyjść z tego układu jest uświadomienie sobie tego, że zachowanie rodzica NIE JEST O DZIECKU, lecz o rodzicu i jego historii, jest o tym, co w rodzicu siedzi od dawien dawna, zanim w ogóle miał rodzone dziecko. Nie o zmianę postrzegania dziecka przez rodzica więc tu chodzi, lecz o zmianę postrzegania samego siebie przez dziecko. Dopóki dziecko na jakimś głębokim, nieświadomym poziomie nadal będzie wierzyło, że jest oprawcą, dopóty będzie „klikało” z ofiarą rodzica.

Natomiast rodzic dopóki tkwi w syndromie ofiary i nie uświadamia sobie tego, czego sam doświadczył, nie widzi i nie uwalnia swoich traum, dopóty będzie potrzebował katów. I znajdzie ich. I znajdzie też tych, którym będzie się żalił na katów, przed którymi będzie oskarżał, obmawiał choćby swoje własne dziecko, by ofiara w nim wreszcie uzyskała współczucie i potwierdzenie, że jest ofiarą, że jest pokrzywdzona.

Kolejną ważną rzeczą dla dziecka rodzica z syndromem ofiary jest uświadomienie sobie tego, że wszelkie starania, by przekonać rodzica o swojej dobroci mogą nigdy nie przynieść rezultatu, ponieważ rodzic, który widzi w swoim dziecku kata, NIE WIDZI tak naprawdę dziecka, a przez to nie jest w stanie widzieć dobra w nim. Dlatego niezależnie od tego ile i co takie dziecko dla rodzica zrobi nie zmieni tego, co rodzic w nim widzi. By nastąpiła zmiana tego co rodzic widzi w dziecku, które postrzega jako oprawcę, rodzic musiałby wyjść z syndromu ofiary czyli zaopiekować się tym, czego doświadczył w dzieciństwie. Innymi słowy rodzic zobaczy swoje rodzone dziecko, gdy zobaczy swoje zranione wewnętrzne dziecko.

Problem w tym, że przez to, że rodzic nie widzi tak naprawdę swojego dziecka, ono siebie nie widzi tak naprawdę.
Przez to, że rodzic postrzega swoje dziecko w konkretny sposób, ono siebie tak postrzega, choćby nieświadomie.
Dobra wiadomość jest jednak taka, że dziecko nie musi czekać na to, by rodzic zaczął je wreszcie widzieć czy inaczej postrzegać.
To dziecko może samo zacząć postrzegać siebie inaczej. Nie przez filtr traum rodzica, lecz swoim… sercem.

Bo dziecko, tak jak i rodzic ma swoje wewnętrzne dziecko, którym trzeba się zaopiekować. W tym celu dobrze jest zbadać to w jaką formę mechanizmu kata i ofiary zostało się wciągniętym jako dziecko, dobrze jest nazwać rzeczy po imieniu dla swojego dziecka wewnętrznego, przyjrzeć się kto atakował, a kto się bronił, odszukać razem z wewnętrznym dzieckiem jego niewinność i dzięki temu wyzwolić je z mentalnego więzienia. A następnie troskliwie się o nie zatroszczyć, wnieść dla swojego dziecka wewnętrznego to, czego zabrakło i od nowa w życzliwy i czuły sposób je wychować.

Jeśli jesteś dzieckiem, które wychowywało się z rodzicem z syndromem ofiary pamiętaj, że jego zachowanie NIGDY nie było o Tobie, lecz o jego bagażu, jego traumach, jego doświadczeniach. Choć może być Tobie trudno to przyjąć, działania Twojego rodzica nie były świadome, lecz sterowane automatycznymi odreagowaniami. I tak, to go nie usprawiedliwia. I tak, przeprosiny za krzywdę się należą.

Najgorsze jednak, według mnie, nie jest to, co rodzic robił, lecz to w co jako dziecko zaczęłaś/zacząłeś wierzyć na swój temat, jaka tożsamość się przez to uformowała, jakich nawyków się wyuczyłaś/eś i jakie życie z tego robisz.
I na szczęście, można zacząć to zmieniać, bo pod tym wszystkim co na Ciebie spadło jest nadal dziecko, którego piękna, dobra i serca rodzic nie był w stanie zobaczyć, ale Ty możesz. Ty możesz odkryć prawdziwą tożsamość tego dziecka. Ono nadal tam jest i czeka, by żyć w pełni ze swojej prawdziwej natury.

❤️


—–
foto: www.pixabay.com

2 komentarze do “Rodzic z syndromem ofiary.

Skomentuj Magdalena Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

siedemnaście − 15 =