Archiwum kategorii: Uncategorized
Na własnych skrzydłach
Dużo mówi się o tym, że rodzice nie doceniają nas, bo uważają, że jesteśmy niewystarczająco dobre, mądre, inteligentne, pracowite, kochające itd. Ale jest też inna strona bycia niedocenianą przez rodzica – kiedy to, kim jesteśmy, kiedy to, co robimy, wywołuje w rodzicu poczucie, że jest gorszy, że zostaje w tyle, że go w jakiś sposób przerastamy, więc w jego oczach stajemy się rywalką dla jego ego. Rodzic, który sobie z tym nie radzi, umniejsza czy dyskredytuje dziecko, nakazując mu w ten sposób pozostanie w małości.
Czytaj dalej Na własnych skrzydłach
W przestrzeni pomiędzy…
Grudzień to dla mnie pora roku, kiedy stopniowo skręcam się do środka, a moje wewnętrzne tempo bardzo wyhamowuje. Jakość zastępuje ilość. Bycie zastępuje robienie. Potrzebuję więcej spać, więcej być w naturze, więcej nic-nie-robić. Potrzebuję więcej zatrzymywać się i czuć, gdy jestem w interakcji z drugim człowiekiem, bo głośniejsze i intensywniejsze jest to, co jest pomiędzy. Nie mogę nic czytać, nie mogę nikogo mądrego słuchać, nic co z zewnątrz nie ma wtedy wstępu. Staję się jeszcze bardziej wrażliwa na dźwięki, zapachy, dotyk, na energię danego miejsca, osoby. To taki czas, kiedy warstwy dzielące mnie od mojej wewnętrznej istoty są cieniutkie i prześwitujące jak delikatna, poranna grudniowa mgiełka… Czytaj dalej W przestrzeni pomiędzy…
O własności i rodowodzie.
Miałam 9 lat i tyle samo miał mój kuzyn. Nasze mamy, a siostry wpadły na pomysł, by zrobić nam razem pewną uroczystość rodzinną. W tamtych czasach takich imprez nie robiło się w lokalach, cała rodzina zjeżdżała się do domu. Ustalono więc, że uroczystość odbędzie się u nas, na wsi, ponieważ nasz dom był połączony ze szkołą, można więc było w dużej klasie wygodnie wszystkich przyjąć. Nasza rodzina nie była zamożna, z jednej strony „biedni nauczyciele” z drugiej „biedni pracownicy PRL’u”. Nie mogłam liczyć na złote kolczyki czy zegarek elektroniczny w zestawie z błyszczącym długopisem tak popularny w tamtych czasach. Dostałam zwykłą „Czajkę” nakręcaną na śrubkę, srebrne kolczyki i wyczekany nowiusieńki czerwony rower z Rometu. Szybko zdałam sobie sprawę, że nie będzie wielu prezentów, więc każda koperta z życzeniami, która zawierała podarunek finansowy wywoływała uśmiech na mojej twarzy, a oczami wyobraźni widziałam magnetofon na kasety, który sobie wreszcie kupię. Jakże wielki był mój szok, gdy w pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że ktoś zabrał pieniądze, które położyłam na półce. Ktoś. Nie wiadomo kto. „Trzeba było ich tam nie kłaść”. Ale… ale przecież tu jest sama rodzina… Jak ktoś z rodziny mógłby wziąć? Przecież wszyscy wiedzieli, że to moje pieniądze. Przecież… kto by zabrał dziecku?
Nie było żadnego dochodzenia. Nie było pytań, nie było poszukiwań. Nic. Nie było sprawy. Do dziś nie wiem kto je wtedy wziął. Pamiętam tylko ten zawód… Zawód, który potem wracał wielokrotnie w moim życiu, gdy otwierałam na kogoś swój wewnętrzny dom, a ta osoba brała sobie co chciała, a potem znikała. Przez lata obwiniałam samą siebie, bo zostawiłam te pieniądze na półce, pod piłką, zamiast włożyć je do szuflady, zamiast je schować. Byłam zła na siebie za tą naiwność w sobie, przez którą w ogóle przez myśl mi nie przeszło, że przed bliskimi trzeba coś chować, że ktoś bliski, z rodziny, może coś mi po kryjomu zabrać. Tylko czy można karcić dziecko za ufność, za wiarę w dobrą wolę w drugim człowieku, którego zaprasza w swoje progi? To my w takim świecie żyjemy? W świecie, w którym bliski to złodziej? To było dla mnie za dużo. Moja głowa tego nie ogarniała. Wielokrotnie zastanawiałam się czy ja w ogóle jakieś pieniądze tam położyłam, że może mi się wydawało, że może źle policzyłam…
Wracałam do tego wspomnienia wielokrotnie. Dopiero jako osoba dorosła zdałam sobie sprawę z tego, że byłam w tym kompletnie sama, bez żadnego wsparcia, wstawiennictwa. Moi rodzice nic wtedy nie zrobili. Uroczystość toczyła się dalej jak gdyby nigdy nic. Przemilczano tę kradzież. A ja nauczyłam się z tego, że nie mam prawa się dopominać swojego i pozostałam z tą krzywdą w sobie. I jak to z upchniętymi w piwnicy krzywdami bywa, odgrywała mi się ona co jakiś czas w życiu – a to nie dostałam pieniędzy za 2 duże zgrzewki donaldów od dziewczynki, z którą się zaprzyjaźniłam na kolonii (oczywiście nigdy się nie upomniałam), a to mnie okradł ktoś z rodziny goszczącej, u której mieszkałam na kursie językowym w Anglii i potem wykrzyczano mi, że jestem kłamczuchą i jak śmiem ich posądzać (zmieniono mi rodzinę, ale pieniędzy z powrotem nie dostałam, nie mówiąc o przeprosinach), a to ktoś wszedł przez okno dachowe do mieszkania, które wynajmowałam, gdy już pracowałam i ukradł pieniądze, tym razem już schowane oraz kolczyki, aparat, ubrania i kilka prezentów z wesela schowanych na strychu… (oczywiście złodzieja nigdy nie znaleziono), a to zapisałam się na kurs rozwojowy, wpłaciłam pieniądze, a on się nigdy nie odbył, dostałam tylko kilka plików audio nagranych na czyimś warsztacie (i też się o zwrot nie upomniałam).
No właśnie – upomnieć się o swoje. Ja większość mojego życia nie wiedziałam, że takie coś w ogóle istnieje. Wręcz, kiedy na przykład moja mama wydawała komuś moje rzeczy, nic nie mówiłam, bo przecież to by było samolubne, bez serca, tej osobie to jest potrzebne, a trzeba sobie pomagać. Więc wspaniałomyślnie milczałam albo wręcz przytakiwałam karcąc siebie za uczucie zgrzytu, które wtedy czułam. Gdy kilka lat po moim ślubie dowiedziałam się, że moja suknia, którą zostawiłam na przechowanie u rodziców, została pożyczona przez mojego tatę dwóm kobietom, bez mojej wiedzy, moje serce zamarło… ale nie oburzyłam się… Bo przecież ja już jej nie będę nosić…
Taką miałam relację z materią, z moją własnością. Każdy mógł sobie przyjść, wziąć, nie musiał pytać, a jak sobie przywłaszczył coś mojego to ja i tak nie zareagowałam.
Pamiętam moje zdziwienie, gdy spotkałam się na żywo z Bethany i zapytałam ją czy jej wielomiesięczny kurs online, który ja ukończyłam, będzie po polsku, a ona powiedziała, że być może, ale że nie wie kiedy to by było. Tak bardzo mi zależało na tym, by polskie kobiety miały dostęp do wsparcia, które stworzyła, więc zapytałam czy mogłabym w takim razie robić jednodniowe warsztaty z wprowadzeniem do jej konkretnych poszczególnych kroków. Odpowiedziała: „Nie, to jest moja własność intelektualna.” Stałam i patrzyłam na nią jak na kosmitkę. Yyyy….? Jaka… własność? Dla mnie, osoby, która miała wypartą własność materialną, intelektualna była tak odległym konceptem, że zakręciło mi się w głowie. Poczułam się jak małe dziecko, którego kompletnie nie nauczono rozróżniania tego, co do kogo należy ani dbania o swoją i czyjąś własność. Bethany otworzyła wtedy przede mną kolejne drzwi do mnie samej. Jej postawa tego dnia jednocześnie mnie wkurzyła i mnóstwo uświadomiła. Gdyby nie stanęła za sobą, gdyby nie pokazała mi, gdzie przebiegają jej granice, ja nie poczułabym swoich. Pamiętam, że wracając z tego spotkania całą drogę mieliłam w głowie – To co JA mam robić? Jeśli nie mogę tego, co ona, to JAK i CO ja mam robić? I to był początek moich warsztatów, opartych na moim podejściu i moim procesowaniu emocji.
Pamiętam też jak w którejś sesji z Susanne, z którą miałam sesje w tym samym czasie, gdy robiłam kurs u Bethany, opowiedziałam jej rozżalona o tym, że moja przyjaciółka dostała mandat 700 Euro za ściąganie filmów z internetu. Byłam oburzona na panujący system, a Susanne spokojnie na mnie patrząc powiedziała „No tak, ale to była kradzież”. Wtedy też zakręciło mi się w głowie. Jak kradzież? Przecież „wszyscy” tak robią, a poza tym, to tak jakby pożyczać od kolegi. Taaa… tylko, że ja nie znałam tego „kolegi”. Nie dając za wygraną przytoczyłam inny przykład, że kupiłam kiedyś z kilkoma znajomymi kurs na spółkę i co? To też jest źle? Zapytała: „Jak postrzegasz tych znajomych, że się z nimi zrzuciłaś?” Odpowiedziałam: „No, że ich nie stać… że są… biedni”. Susanne mówiła dalej: „A więc nie muszą nic zmieniać w swoim życiu, by ten kurs zakupić… mogą pozostać tam, gdzie są, biedni”. Zadała mi kolejne pytanie: „A jak traktujesz w ten sposób osobę, która stworzyła ten kurs i czy Ty chciałabyś być tak traktowana?” No i pozamiatane…
Może dla Ciebie, gdy to czytasz wydaje się to oczywiste. Dla mnie nie było. Ja nie wiedziałam, gdzie ja się kończyłam, a gdzie zaczynał się ktoś inny. Wyrosłam w totalnym uwikłaniu z moją mamą i w podporządkowaniu się tacie. Nie kwestionowałam, nie zadawałam pytań, przyjmowałam wszystko tak jak szło. Największą cnotą było rozdawanie, pomaganie, poświęcanie się i absolutnie, ale to absolutnie nie oczekiwanie jakiegokolwiek zwrotu. Tylko emocje mnie rozpieprzały, bo ciągle się pojawiały, a ja nie wiedziałam o co im chodzi i skąd się biorą, o co dopominają. „Czego znowu ryczysz?”, „Co ci znowu nie pasuje?”.
Gdy urodziłam pierwsze dziecko wywaliło mi na maksa… Resztką sił próbowałam spełniać idealnie kolejną rolę, a moja wewnętrzna istota robiła coraz większy raban. Poszłam więc w coś co teraz nazywam pseudo-duchowością, poszłam w to, żeby ją uciszyć, zamknąć jej japę i przestać dziwnie reagować. I było jeszcze gorzej, bo rozdźwięk między fasadą, którą próbowałam utrzymać, a wnętrzem był tak ogromny, że eksplodowałam od środka. Coraz częściej i coraz intensywniej. I wtedy trafiłam na Susanne, a chwilę potem na Bethany. I zaczęło się… Kiedyś być może napiszę o tym książkę, o procesie, który przeszłam z ich pomocą. Póki co boję się otworzyć pamiętniki z tamtego czasu. Wożę je tylko ze sobą z miejsca na miejsce, niczym materialny dowód to na, że to w ogóle miało miejsce.
Bethany „wciągała” mnie w dół, w otchłań, do mojego wewnętrznego piekła… Susanne „wyciągała” mnie w górę, do światła… Czasem miałam wrażenie, jakbym doświadczała emocjonalnej dekompresji i potrzebowałam czasu, by do siebie dojść, by w ogóle jakoś funkcjonować mając w domu kilkuletnie dzieci. I wtedy, w tym czasie, gdy moja głowa już totalnie musiała się poddać, na pierwszy plan wyszło moje ciało i ono mnie prowadziło. Zaczęły się pojawiać spontaniczne, głębokie procesy. Niejednokrotnie wiłam się po podłodze, zanosiłam od płaczu, dławiłam własnymi łzami, traciłam oddech, gdy powietrze nie wpływało przez zatkany nos, a gardło było zablokowane… Ale z każdym dopuszczonym czuciem, z każdym zranieniem, na które robiłam w swoim ciele miejsce, moja wewnętrzna istota, Dusza powolutku wracała do ciała… W tym czasie zawiesiłam sesje, które sama wcześniej oferowałam. Nie byłam w stanie dawać wsparcia, gdy sama byłam w rozsypce. A poza tym czułam coraz bardziej, że to, jak do tej pory pracowałam z ludźmi, nie miało już racji bytu. Czułam, że rodziło się we mnie nowe podejście.
Podejście, które łączyło teraźniejszość z przeszłością, ale nie intelektualnie, lecz przez pamięć ciała. Łącznikiem z ciałem były właśnie emocje, te paskudne, nieokiełzane, prymitywne, dziecinne emocje, których wcześniej chciałam się pozbyć. Im więcej robiłam im miejsca w sobie, im bardziej się na nie zgadzałam, im czulej je obejmowałam, tym więcej spokoju w sobie zaczynałam odczuwać… Tym lżej się robiło… Coraz wyraźniej odczuwałam w sobie to dziecko, tą istotę, która dotąd siedziała w piwnicy. Wychodziła niepewnie, niejednokrotnie przyglądając mi się podejrzliwie. Nic dziwnego… Tyle razy jej ufność została skrzywdzona, wykorzystana… Gdy wracałam z nią do wspomnień i pytałam kogo by chciała mieć tam przy sobie, tam, gdzie jest sama, mówiła „Niedźwiedzicę. Bo zwierzęta bronią swoje młode. A niedźwiedzice to już na pewno”. Nie ufała ludziom. Płakałam wtedy nad nią, nad jej bólem, samotnością, nad jej pogwałconą i wykorzystaną tak wiele razy niewinnością… a ona patrzyła na mnie z kącika, w którym siedziała skulona i czasem podsuwała się bliżej, czasem nawet wtulała się we mnie… Budowałyśmy relację jak pomiędzy człowiekiem a dzikim zwierzęciem… Ona oswajała się ze mną, a ja uczyłam się jej. Niejednokrotnie chowała się z powrotem do swojej jaskini, gdy próbowałam użyć na niej jakiejś sztuczki, o której usłyszałam z zewnątrz. Obrażała się wtedy na mnie jakby mówiąc „No wiesz? Myślałam, że znamy się już na tyle, że nie będziesz mi takich rzeczy robić”. Nie dała się na nic nabrać, na żadne rozwojowe, intelektualne czy pseudo-duchowe świecidełka.
Stopniowo pokazywałam ją coraz bardziej światu, bo też ona coraz bardziej ciekawa go była. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu zaczęłam odkrywać, że ona doskonale wie, po co tu jest i co ma do wniesienia. I tak powstał kanał na youtubie, a ja wróciłam do pracy z ludźmi, ale teraz już z nią. Z wiedzy, do której dotarłam w moim procesie, z moich osobistych doświadczeń, które przeżyłam w jego trakcie, a przede wszystkim z tego, czego mnie uczyła relacja z moim wewnętrznym dzieckiem, powstało moje, unikatowe podejście, język wewnętrznej komunikacji polegający na wsłuchiwaniu się w ciało i emocje, by za ich pomocą odnaleźć zagubione cząstki siebie i sprowadzić je z powrotem do swojego wewnętrznego domu. Tym gotowym i jednocześnie stale ewoluującym razem ze mną podejściem zaczęłam się dzielić w sesjach i na warsztatach. Nazwałam je wtedy „spotkaniem z dzieckiem wewnętrznym”. Celowo nie używam słowa metoda ani technika, lecz podejście, język komunikacji. Nie wiem jak Ty, ale ja nie chciałabym, żeby ktoś miał na mnie technikę… ale miło jest, gdy ktoś mówi tym samym językiem i możemy się wtedy dogadać.
Gdy opowiadam o emocjach, dziecku wewnętrznym, często używam zwrotu „uzdrawiamy się po spirali”. Spirala towarzyszy mi od samego początku, gdy prawie 9 lat temu otwierałam moją praktykę w Irlandii. Była pierwszym symbolem, który pojawił się na mojej ówczesnej wizytówce. I razem z nią zataczam znowu koło. Wtedy, gdy miała miejsce uroczystość i kradzież na niej, miałam 9 lat. Teraz, gdy doświadczam tego, o czym piszę poniżej, moje dziecko powołania będzie niedługo kończyło 9 lat. I dziś w jego imieniu potrzebuję zabrać głos. Potrzebuję zrobić to, czego nie zrobili wtedy moi rodzice. Potrzebuję się upomnieć o moją własność.
Od kilku tygodni docierają do mnie informacje na temat osób, które były na sesjach u mnie lub były na sesjach u osób, które ja wspierałam i które same teraz oferują wsparcie w odbudowywaniu relacji z dzieckiem wewnętrznym. Wiele z nich połączyło to, czego nauczyły się ode mnie z tym, czego nauczyły się z innych źródeł i z tym co odkryły w swoim własnym procesie. Bardzo mnie to cieszy, bo właśnie na tym mi zależało. Nie chcę, by moje podejście było traktowane jako prawda objawiona, jak gotowa recepta, którą trzeba stosować od myślników. To by była moja porażka, bo byłoby to powtórzenie tego co już wszyscy dobrze znamy – słuchania się kogoś z zewnątrz. Moją intencją jest zawsze to, by osoba, którą wspieram, odnalazła swój własny kompas, swoje własne wewnętrzne wiedzenie i by wniosła do tego świata to, co jest takie bardzo jej. Jednocześnie nie mam zgody na to, by to, czym ja się podzieliłam przedstawiać jako swoje, bez pytania mnie o zgodę albo przemilczać fakt, że budowania relacji z dzieckiem wewnętrznym, tak jak ja to modeluję i pokazuję, dana osoba nauczyła się ode mnie. Nie mam nic przeciwko temu, by to czym się dzielę szło w świat, wręcz jest to moje głębokie pragnienie, by ten język komunikacji wewnętrznej dotarł do jak najdalszych zakątków. Proszę o jedno. O uhonorowanie tego, że jeśli podajesz dalej to, co ja stworzyłam, to, czego Cię nauczyłam, to poinformuj, że to jest ode mnie. Szczególnie, gdy używasz moich zwrotów, sformułowań czy procesowania emocji, którego uczę w sesjach i na warsztatach. Jeśli korzystasz w swojej pracy z innymi ludźmi z tego, czego Cię nauczyłam, niech to będzie wyraźnie napisane czy to na Twoim fanpage’u czy na Twojej stronie internetowej.
Zabierając głos w polskiej przestrzeni mediów społecznościowych, w tak osobisty sposób, z perspektywy skrzywdzonego, zranionego dziecka wewnętrznego przetarłam szlak, z którego mnóstwo osób teraz korzysta. Nie było to proste zadanie. Niejednokrotnie odpierałam ataki osób z przeróżnych rozwojowych nurtów, które publicznie, pod moim postami zarzucały mi, że moje podejście jest błędne. Wytykano mi również brak formalnego psychologicznego wykształcenia albo pisano do mnie, żebym się nawróciła. Mimo to, nie przestałam i nadal dzielę się tym, co mi samej pomogło siebie odzyskać, tym jak nie tylko intelektualnie, lecz wsłuchując się w emocje i ciało, w wewnętrzną, zapomnianą otchłań, odnajdywać w sobie zranione dziecko wewnętrzne i je koić. Proszę o uszanowanie mojej drogi i wysiłku.
Bardzo mi zależy na tym, by jak najwięcej ludzi miało zdrową relację z własnym dzieckiem wewnętrznym i oczywistym jest, że sama tego nie zrobię, nie jestem w stanie. Dlatego tak bardzo mnie cieszy, gdy pojawiają się kolejne osoby, które czują, że to jest ich powołanie, które przechodzą swój własny, głęboki, intensywny proces, bo wiedzą, że to jest podstawa dobrego i zdrowego wsparcia. I ktoś im w tym własnym procesie pomaga, ktoś im w tym towarzyszy, ktoś ich widzi i czuje. I temu komuś należy się szacunek i uznanie za czas, wiedzę, energię i serce w proces włożone.
Każdy z nas ma swoją linię rodową swojego procesu. Nie idziemy przez to życie sami. Na mojej stronie znajdziesz nazwy metod, z wielu z nich już nie korzystam, znajdziesz nazwiska osób, a wśród nich również tych, z których wsparcia już nie korzystam, ale pozostaną tam, bo każdy z tych sposobów i każda z tych osób, w danym czasie była dla mnie wsparciem i dziś nie byłoby takiej Magdaleny Szpilki, gdyby nie oni. Należy im się szacunek, uznanie oraz imię i nazwisko w moim rozwojowym rodowodzie.
❤️
foto: pixabay.com
Rodzimy Nowe
Potrzebuję odpoczynku. Tak bardzo potrzebuję odpoczynku po tym całym maratonie przeprowadzkowym, a potem zagnieżdżaniu się w Polsce. Zaplanowałam ten tydzień, już jakiś czas temu, na odpoczynek właśnie… No ale wczoraj wieczorem zamiast się pakować na kilkudniowy pobyt w ustronnym miejscu, znowu zaczęło się ze mnie wylewać. Dzielę się więc poniżej Kochani, a na komentarze odpiszę za kilka dni, po powrocie.
Działajmy razem
No i tyle z mojego odpoczynku od internetu. Cóż w sytuacji, gdy świat staje na głowie, nie mogę milczeć. Czytam posty i widzę ile kipi w nich złości, wkurwu. Widzę hasła „To jest wojna”, „Wypierdalać”. I rozumiem, naprawdę rozumiem i czuję, że kolektywnie doszłyśmy do momentu „Basta!”. Wylewają się nie tylko nasze ale naszych matek, babek, prababek pokłady gniewu i oburzenia. Jednocześnie widzę ile energii ucieka na boki i nie przechodzi w konkretne działanie, które teraz trzeba podjąć. Widzę też ile podziałów ta sytuacja wnosi, znowu jeden temat ważniejszy od drugiego, znowu ludzie skaczą sobie do gardeł zamiast współpracować, czepiają się jedni drugich i ubliżają sobie nawzajem. To powoduje dużą, bardzo dużą stratę energii.
Prawdziwe siostrzeństwo
Spontaniczności moja Kochana!
Koniec i początek
Kochani, ta wiadomość może zaskoczyć wielu z Was. Mnie samą obrót spraw zaskoczył, choć zwiastuny pojawiały się w moim życiu od około dwóch lat. Jednak odpychałam je i liczyłam na to, że nie dojdzie do tego, co zapowiadały. Starałam się nie mówić o nich głośno, żeby nie kusić losu i żyłam tak, żeby zagłuszyć to, co coraz mocniej we mnie mówiło: „Magdalena, to nieuniknione…”. Wszelkimi siłami próbowałam utrzymać przy życiu coś, co stopniowo umierało. Pewnego wieczoru, po kolejnym wielkim znaku, który walnął mnie jak obuchem, przestałam się w końcu opierać… i poddałam się „śmierci”… puściłam Irlandię… moją ukochaną Zieloną Wyspę… na rzecz Polski… Czytaj dalej Koniec i początek
Magdalena
Kochani, dziękuję Wam bardzo za tak piękny i liczny odzew na mój post z 22 lipca.
https://m.facebook.com/story.php?story_fbid=3094113493989589&id=674968929237403
Tak wiele serca, czułości, zgody na mnie taką jaką jestem, z tym, gdzie jestem, od Was dostałam. Dziękuję ![]()
![]()
Tak bardzo chcę być z Wami prawdziwa i uważna – i na siebie i na Was. Dlatego przyglądam się temu, co ujawnia mi się w relacji z Wami Kochani, co właśnie dzięki temu, że jesteście, może wyjść u mnie do powierzchni i co mogę dzięki temu puścić i być z Wami autentycznie, prawdziwie.
