Jakimi oczami patrzysz na siebie…?

Są takie momenty czy to w sesjach czy w czasie warsztatów kiedy moje serce z niedowierzaniem słucha tego, co dana osoba o sobie mówi, co o sobie myśli, jak siebie postrzega. Głowa rozumie skąd to, ale serce… Ono pyta…

Ona naprawdę tak źle o sobie myśli..?
Ona naprawdę tak surowo siebie ocenia..?
Czy ona naprawdę nie widzi… kim jest?
Czy ona naprawdę nie zdaje sobie sprawy z tego, że tylko taka jedna jedyna istnieje w tym całym świecie..?
Nie… Nie widzi.

Nie widzi dobra, które w sobie ma, lecz ciągle wyszukuje co robi nie tak.
Nie widzi, że się zmieniła i ile pracy w to włożyła, lecz skupia się na tym co jest jeszcze do zmiany.
Nie widzi tego, że staje na głowie, by zajść w ciążę i stworzyć dom, którego sama nie miała.
Nie widzi tego jaką mamą jest dla swoich dzieci mimo tego, co sama doświadczyła.
Nie widzi tego co wnosi dla swoich bratanic, siostrzenic, mimo, że nie jest ich mamą.
Nie widzi jak trzyma w kupie swoją rodzinę, która już dawno by się rozsypała.
Nie widzi ile siebie daje w pracy zawodowej mimo, że angażuje się w nią na maksa, a wręcz wychodzi poza swoje obowiązki.
Nie widzi swoich talentów i tego co wnoszą, jak poruszają, lecz minimalizuje je i porównuje się do innych.
Nie widzi…

Bo nie nauczono jej widzieć… siebie.
Siebie i tego co wnosi sobą.

Były głównie lub tylko wymagania.
Było skupianie się na tym co jest źle, nie tak, do poprawki.
Ciągle nie taka.
Jeszcze to, jeszcze tamto.
A czemu nie zrobiłaś tego?
A czemu tylko 4?
A czemu ty taka jesteś?

Więc jak ma widzieć co wnosi sobą?
I że to jest dobre.
I że to jest właściwe.
I że to ma swoje miejsce w tym świecie.
I skąd ma wiedzieć, że to wystarczy?

Czy był ktoś kto by się zatrzymał… i zaciekawił… tak prawdziwie nią zaciekawił…?
Czy był ktoś kto się przyjrzał i rozpoznał…?
Czy kiedykolwiek dano jej odczuć, że jest jedyną w swoim rodzaju? Nie lepszą, nie gorszą, lecz jedyną taką, z taką, a nie inną kombinacją cech, preferencji, wrodzonych talentów.

Dlaczego to jest ważne?
Bo to na ile siebie znamy, to jak sami siebie postrzegamy, to na ile sami szanujemy swoje własne jestestwo determinuje jakość naszego życia.

A więc – jak nauczono Cię na siebie samą patrzeć?
Czyimi oczami nadal na siebie patrzysz?
A jakimi oczami chciałabyś na siebie patrzeć?
Co one by przekazywały…?
Co chciałabyś w nich wyczytać…?
Jak chciałabyś się poczuć, gdyby na Ciebie patrzyły…?

Spróbuj… na przykład tak – zamknij oczy i przywołaj prawdziwą lub wymyśloną postać, która patrzy na Ciebie w taki sposób jakiego najbardziej Tobie zawsze zabrakło. Daj sobie tyle czasu ile potrzebujesz, bo to może trochę potrwać. Nic na siłę. Nie wyciskaj tego. Puść i zaufaj… niech się samo pokaże.
A jeśli nie wyjdzie za pierwszym razem, to spróbuj innym razem jeszcze raz i jeszcze raz.
I bądź uważna – jeśli oglądając coś, czy będąc gdzieś, zobaczysz ten wzrok, którego Tobie zabrakło, zapamiętaj go i obdarz nim siebie, szczególnie tą siebie, która najbardziej go nadal potrzebuje.

Panowie, Was też zachęcam. Wszyscy potrzebujemy dobrych oczu.

A poniżej dzielę się z Wami fotką z zeszłego roku, na której jestem z Bredą, moją dobrą wróżką z Zielonej Wyspy. Ona jest pierwszą osobą, która pewnego popołudnia, kilkanaście lat temu, popatrzyła na mnie z taką miłością w oczach, że jej łagodny, ciepły i jednocześnie mocno przekonany o mojej dobroci wzrok przebił się przez warstwy nienawiści i odrzucenia, które do siebie wtedy czułam. Zapamiętałam ten wzrok i ten moment na zawsze. Choć trudno mi było wtedy w to uwierzyć, dobitnie przypominał mi o moim sercu, o tym, że mimo, że uwierzyłam, że go nie mam, to że je mam i że jest dobre. Tak wiele potrafią mówić oczy.

❤️

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

trzy × 2 =