Dziś stuknęło dokładnie 10 lat od momentu, gdy w końcu (po prawie 3 latach od rozpoczęcia mojej praktyki terapeutycznej) odważyłam się wyjść „do świata” poprzez nagrania. Nie było to moje pierwsze nagranie, było ich wcześniej kilka, ale to było to pierwsze, które upubliczniłam. Ogromna chęć podzielenia się tym, co mi pomogło była silniejsza niż strach przed tym co moja rodzina o tym pomyśli. Ja tak bardzo siebie nie kochałam, tak bardzo siebie odrzucałam, że kiedy to się zmieniło, nie mogłam siedzieć cicho i z nikim się tym nie podzielić. Tym bardziej, że moja zmiana wpłynęła diametralnie na moją relację z dziećmi.
Odsłuchałam dziś to pierwsze upublicznione nagranie. Jeszcze w formie audio, bez mojej twarzy, mimiki, gestów, tylko mój głos. I bardzo się wzruszyłam… Bo przypomniałam sobie ten ogień pasji w moim sercu z tamtego czasu. To miłość do siebie, którą odzyskałam, pchała mnie do dzielenia się tym, co mnie odmieniło, uzdrowiło, wyzwoliło, postawiło na nogi.
Gdybym mogła Wam pokazać co czułam w sobie przed zmianą, a co czułam od czasu zmiany to powiedzielibyście zapewne, że to dwie różne osoby albo dwa różne życia. To była taka różnica. Na zewnątrz mogło się wydawać, że wszystko w miarę grało. Ale w środku… tam był ciągły ścisk… i nienawiść do samej siebie. Byłam tak strasznie pogubiona… Tak bardzo na samą siebie ślepa… Tak bardzo samą siebie ciągle osądzałam.
Do czasu, gdy w końcu zobaczyłam i poczułam w sobie tę cudną niebieskooką dziewczynkę o złotym sercu. Tylko, że zanim to się stało najpierw pokazała się ta wkurwiona, wzburzona, rozczochrana i ziejąca ogniem „wredna małpa”. Ta, której nie chcieli, ta, którą odrzucali, ta, która miała się zmienić. To na nią stopniowo robiłam przestrzeń, to jej stopniowo wysłuchiwałam, to jej dawałam możliwość wreszcie wyrazić to, co było jej zabraniane i za co była osądzana. Im brzydziej się pokazywała, tym więcej przestrzeni na nią robiłam. Aż dotarło do niej… że ja ją chcę, że ja jej nie oceniam, że ja ją widzę i rozumiem.
Boże, co za proces… Co za przemiana…. Przyzwyczaiłam się do tej przemiany. Stała się nową normą, oczywistością. I dziś, wracając do tego pierwszego nagrania, przypomniałam sobie o tym z jakiego wewnętrznego bagna wyszłam. Przypomniałam sobie gdzie byłam, a gdzie jestem – sama ze sobą i z innymi. A kiedy usłyszałam siebie mówiącą w tym nagraniu o moich dzieciach, rozpłakałam się. Bo to dzięki tamtej mnie, dziś mam tak niesamowite relacje z moimi kochanymi nastolatkami. To co ja do nich czuję, to jak one się czują w relacji ze mną, to jakie one są dla samych siebie… nie jest oczywistością.
Ja wtedy nie wiedziałam jakie to przyniesie owoce. Ja tylko czułam, bardzo mocno w środku czułam, że to właściwa droga. I choć zasiewano mi wątpliwości, kręcono nosem, wywracano oczami, to ja szłam dalej kierując się tym, co moje serce mi podpowiadało. I dziś, tamtej sobie chcę krzyknąć z całych sił: MIAŁAŚ RACJĘ!!!! DOBRZE CZUŁAŚ!!!! DZIĘKUJĘ!!!!!
Dziś, razem z tamtą sobą celebruję to, jakie owoce przynosi wewnętrzna miłość. To ona jest tym rdzeniem, na którym można się oprzeć, szczególnie wtedy, gdy różne rzeczy się wydarzają. Bo to nie jest tak, że gdy wrócimy do siebie to już będzie super extra i cacy. Życie się wydarza. Sytuacje się wydarzają. Ale inaczej się idzie przez życie jako wróg dla siebie, a zupełnie inaczej jako sprzymierzeniec dla siebie. Inaczej jest, gdy samych siebie odrzucamy, a zupełnie inaczej jest, gdy siebie kochamy.