„Kiedy TO się skończy, żebym mogła/mógł żyć?”
„To” to mogą być różne rzeczy.
Trudności w związku, rozwód, utrata pracy, straty finansowe, problemy w firmie, choroba, nagła seria wyzwań spadających na człowieka itp.
Zrozumiałe jest to, że chcielibyśmy by „to” nigdy się nie wydarzyło.
Zrozumiałe jest to, że chcemy by „to” już się skończyło.
Zrozumiałe jest to, że mamy poczucie, że gdyby „tego” nie było, życie byłoby łatwiejsze, radośniejsze, przyjemniejsze.
Zrozumiałe jest to, że postrzegamy „to” jako coś czego chcemy się pozbyć, zmienić i to jak najszybciej.
Bo nas wykańcza, bo nas przytłacza, bo spać nie można ze stresu.
„To” potrafi odbierać energię do tego stopnia, że jedzie się na rezerwie.
I jednocześnie „to” nas zmienia.
Przeobraża, transformuje.
Uświadamia.
Otwiera oczy.
Wyciąga z iluzji.
Konfrontuje ze skutkami przeszłych decyzji.
Z tym, gdzie się podkładaliśmy.
Z tym, gdzie to my zadawaliśmy ból.
Z tym, czego i komu nie komunikowaliśmy.
Z tym, czego… sami ze sobą nie komunikowaliśmy.
Reset.
Rozłożony w czasie reset.
Opieramy się mu.
Bo bardzo boli.
Bo coś tracimy.
Bo się przyzwyczailiśmy do czegoś.
Bo coś było „nasze” i miało być „na zawsze”.
Bo… nie wiemy dokąd ten reset prowadzi.
To czas w kokonie.
To czas metamorfozy.
Czas pomiędzy jedną a drugą formą.
Zupełnie inną.
Bo motyl to nie gąsienica z przyczepionymi skrzydłami.
Gąsienica jest ciężka i powolna.
Pełza po ziemi, łodygach, trzyma się roślin.
Jej świat jest blisko tego, czego może dotknąć.
Je i rośnie. Je i rośnie. Je i rośnie.
A potem zatrzymuje się.
Przestaje pełzać.
Przestaje jeść.
Zamyka się w kokonie, by sama siebie strawić.
Jej dotychczasowa forma rozpuszcza się.
Z jej rozpadającego się ciała powstaje coś czego wcześniej zupełnie nie było.
Wyłaniają się nowe struktury.
Nowe narządy.
Skrzydła, których wcześniej nie było.
Czułki, których wcześniej nie było.
Ssawka do spijania nektaru kwiatów, której wcześniej nie było.
A kiedy kokon pęka, nie wychodzi z niego lepsza gąsienica czy inna wersja gąsienicy.
Wylatuje motyl.
Zupełnie inne ciało.
Zupełnie inny sposób poruszania się.
Zupełnie inny sposób doświadczania świata.
Bo przeobrażenie to nie zmiana na lepszą wersję.
Przeobrażenie to zmiana formy.
Żeby to nastąpiło trzeba pozwolić umrzeć tej dotychczasowej,
by z jej rozpadu mogło narodzić się to, czego wcześniej nie było.
Pomyśl – jak wygląda życie gąsienicy?
A jak wygląda życie motyla?
Czy to nie jest tak jakby patrzeć na dwa totalnie różne życia?
Nic więc dziwnego, że proces od jednego do drugiego w naszym własnym życiu nas przeraża.
Nic dziwnego, że mu się opieramy.
Nic dziwnego, że boli i chcemy, by się już skończyło.
Nic dziwnego, że nie widzimy nowej formy, bo znamy tylko tę dotychczasową.
Nic dziwnego, że nie widzimy nowych „motylkowych” rozwiązań, a stare „gąsienicowe” już nie działają.
I jednocześnie.
Coś się zmienia. Bardzo się zmienia. Fundamentalnie.
Coś czego wcześniej nie było wyłania się powoli.
Coś nowego nieśmiało się rodzi.
Coś co wymaga czasu.
Coś co wymaga przyzwolenia.
Wytrwaj.
Zadbaj o swój kokon, by wspierał Twój proces.
Bo przeobrażenia nie zatrzymasz, ale możesz z nim współpracować.
Zasypiaj i budź się z myślą „przeobrażam się”.
I choć nie widzisz na tę chwilę gdzie to prowadzi,
to nie stawiaj kropki tam, gdzie Bóg stawia przecinek.
Jeszcze będziesz spijać nektar. Wytrwaj.
