Pancerz zaprzeczenia

Mnóstwo kobiet nosi na sobie emocjonalny ciężar związku, niańczą swoich mężów, akomodują ich własne nieuświadomione braki emocjonalne i lęki, a gdy w końcu zaczynają mówić „nie”, mąż jest zdziwiony i mówi, że „jej odbiło”. Zaczynają oskarżać ją i osoby, które ją wspierają – przyjaciółkę, terapeutę o niszczenie małżeństwa czy rodziny, nie zdając sobie sprawy, że sami niszczą ją od dawna traktując członków rodziny w raniący czy wykorzystujący sposób. Nie dlatego, że są złymi ludźmi, lecz dlatego, że funkcjonują nieświadomie z wewnętrznych ran, które odnieśli w dzieciństwie. Problem w tym, że nawet nie wiedzą, że jakąkolwiek ranę mają i że z niej operują zadając ból najbliższym. Nauczyli się temu zaprzeczać bardzo wcześnie, będąc jeszcze małym dzieckiem. Mężczyznom wbija się do głów, że nie wolno płakać, że to wstyd, co to za facet, który się nad sobą „rozczula”. Dla wielu mężczyzn problemy w relacjach to temat wysoce wstydliwy, mówienie o tym to takie „babskie”, przecież nie będą się użalać, „Co to za facet, który potrzebuje pomocy psychologa?”.

Dlatego tak wielu mężczyzn umniejsza swoją ranę, nie przyznaje się nawet przed sobą, że boli, że w ogóle coś ich zraniło. Zakładają pancerz zaprzeczenia, przez który nie może się dostać nie tylko ich kobieta czy ich dzieci, ale również oni sami. Jakie to ma reperkusje? Takie, że rany, która jest nie nazwana, nie uznana, nie opłakana, nie można uzdrowić, a więc zraniona część pozostaje na wygnaniu. I z tej zranionej części osoba nieświadomie „robi” życie, zupełnie o tym nie wiedząc, odczuwają to jednak jego najbliżsi, ale on nie chce o tym słyszeć. To ta zraniona część za wszelką cenę i wszelkimi metodami dopomina się zauważenia, troski, miłości. To z tej zranionej części on kontroluje, wymusza, wykorzystuje. I dokładnie tak samo kobiety – operują ze swojej zranionej części. Jak wiele kobiet w ukryty sposób manipuluje, robi z siebie ofiarę, wymusza, poniża, wkręca w poczucie winy swoich partnerów i dzieci. Mnóstwo mężczyzn zostało zdominowanych przez kobiety. U jednych jest to widoczne jak na dłoni, u innych na pierwszy rzut oka może się wydawać, że to ona jest ta bierna i biedna, że to ona jest ofiarą, a gdy przyjrzysz się bliżej zobaczysz jak uwikłany jest mąż, któremu się wydaje, że to on „tu rządzi”, a tak naprawdę jest kastrowany.

Nie o szukanie winnego jednak tu chodzi, lecz o zdemaskowanie programów, które przyjęliśmy od rodziców, społeczeństwa, kultury, a które rządzą nami i przeszkadzają w budowaniu intymnych relacji. Nic nie da wytykanie palcami – „To on! To ona!” Bo to nie jest ani on ani ona. Jedynym „wrogiem” jest nieświadomość. Dopóki nie uświadamiamy sobie z jakich wczesnych ran emocjonalnych i programów działamy, to oskarżamy cały świat za to, jak nam źle w życiu i zazdrościmy tym, którzy żyją inaczej niż my. Nie ma sytuacji jednokolorowych, jednoznacznych, w relacjach jest wiele części składowych i dopóki działamy z nieświadomości raz jesteśmy katem, a raz ofiarą. Tak długo jak oboje w relacji robimy to sobie nieświadomie, ranimy siebie nawzajem. Gdy w końcu jedna osoba zaczyna brać odpowiedzialność za swoją ranę i przestaje zalepiać dziury drugiej osoby, ta druga osoba bardzo często ma wtedy reakcję ze swojej rany, bo ta pierwsza przestaje ją amortyzować. Wtedy ta nadal nieświadoma osoba robi z siebie ofiarę, wkręca poczucie winy, mogą też pojawić się groźby, wzbudzanie strachu, może też być wymuszanie obowiązków – „jesteś moją żoną/mężem, należy mi się”.

Ta rana siedzi w nas. Nie da się jej wymazać. Nic z zewnątrz jej nie uzdrowi. Można udawać przez jakiś czas, że jej nie ma, nieświadomie raniąc siebie i innych dookoła, można założyć pancerz o nazwie wyparcie, ale życie prędzej czy później, uderzy dokładnie w to samo miejsce, tam gdzie pierwszy raz rana została zadana, by Cię obudzić, wstrząsnąć, by pokazać, że skończył się termin przydatności, że ten pancerz fałszywego ja wypełnił swoje zadanie. On miał być tylko na jakiś czas, do momentu, aż będziesz duży i zajmiesz się odniesioną raną. Udawanie, że ten pancerz to „prawdziwy ty” było doraźnym planem na uratowanie siebie przed bólem, który tobie wtedy dawno temu zadano i ochroną przed byciem zranionym ponownie. W końcu robi się z tym pancerzem, z tym „fałszywym ja” za ciężko – Tobie i/lub Twoimi bliskim. Życie odbierze Tobie wtedy to, co jest dla Ciebie najcenniejsze, w zależności od Twoich priorytetów to będzie rodzina, praca, pieniądze, dom, zdrowie, wizerunek, po to byś w końcu sobie o tym bólu przypomniał/a. Nie musi to być bardzo drastyczne, możesz po prostu pewnego dnia stwierdzić, że mimo, że to masz, czujesz pustkę w środku. Dzieje się to nie po to, by Ciebie zniszczyć, lecz po to, by uzdrowić ranę, która ropieje i broczy pod zardzewiałą zbroją, a o której wszyscy zapomnieli, włącznie z Tobą.

Prawdziwa zmiana, prawdziwa wędrówka bohatera o odzyskanie serca, zaczyna się od tego momentu. Od momentu, gdy to, na czym polegałeś znika sprzed Twoich oczu. To może wywołać ogromny strach, przerażenie, poczucie samotności. Ten proces jest o tyle bardziej bolesny, im bardziej mu się opierasz, im mocniej próbujesz na siłę zatrzymać to, co musi zniknąć (niekoniecznie na zawsze), byś odnalazł siebie na nowo. Potrzeba wtedy zadbać o odpowiednie wsparcie – przyjaciela, terapeuty, ale takiego, który będzie stał po stronie Twojej Duszy, nie po stronie pancerza. Ten proces jest trudny, jest bolesny. Ten pancerz przywarł. Potrzeba sobie okazać morze empatii i ciepła, by mógł powoli, w swoim tempie odpaść, by rana pod nim mogła się zagoić, zabliźnić.

O ile kobiety częściej po tą pomoc sięgają, mężczyźni z racji tego, co im wbito do głów, bronią się przed wsparciem, terapią, uznaniem tego, że ranią siebie i najbliższych, że robią coś nie tak. „Ja? Ja mam problem?” Poziom zaprzeczenia jest w wielu przypadkach bardzo wysoki. Prawda jest jednak taka, że im większe wyparcie, tym słabszy i bardziej przestraszony człowiek się za nim chowa. Tak bardzo boi się utraty tego, co zgromadził, żeby tylko nie czuć wewnętrznego bólu, którego doświadczył jako dziecko, że gdy życie odbiera mu coś ważnego dla niego albo ktoś ważny dla niego odchodzi z jego życia, użyje wszystkiego, poruszy niebo i ziemię, nie zważając na konsekwencje, by to zachować, byleby tylko nie zajrzeć w tą wewnętrzną otchłań ziejącą bólem. Ale w tą otchłań wejść musi, jeśli chce być naprawdę wolny i odzyskać swoje serce, którego szuka u innych.

„To nie wstyd, że potrzebujesz uzdrowienia; to nie wstyd szukać u kogoś innego sił; to nie wstyd, że w środku czujesz się mały i się boisz. To nie Twoja wina.”
John Eldredge – „Dzikie serce. Tęsknoty męskiej duszy”

To samo zaprzeczenie stoi pomiędzy rodzicami a dziećmi. Gdy dorosłe dzieci zaczynają wychodzić z uwikłania ze swoimi rodzicami, zaczynają stawiać granice, dopominać się dorosłego traktowania, trafiają wtedy często na jeszcze większy opór i zaprzeczenie ze strony rodziców. Rodzic, który od zawsze nie uznawał uczuć i przestrzeni dziecka, który nadal jest nieświadomy swoich wewnętrznych ran i tego, że z nich działa, to rodzic, który chowa się za zaprzeczeniem. Ale jak tu mieć relację z pancerzem?
Pięknie, gdy rodzic jest na tyle otwarty, by usłyszeć dorosłe dziecko i to z czym ono do niego przychodzi. Ma wtedy okazję do odkrycia tego, co jego samego w środku boli i uzdrowienia tego. Jednak tylko rodzic, któremu bardziej zależy na relacji z dzieckiem, niż na swoim nieskazitelnym wizerunku, zobaczy i okaże zrozumienie dziecku. Natomiast rodzic, który nadal operuje z nieświadomości funduje swojemu dziecku dalsze pogubienie i wciąganie w uwikłanie, które ma wiele krzywdzących konsekwencji. Wtedy dorosłe dziecko zamiast być dzieckiem swoich rodziców, jest ich rodzicem, czyli staje się dziadkiem i babcią. Takie dorosłe dziecko ma niewiele zdrowego do dania swoim własnym dzieciom i partnerowi. Rodzic, który żyje w głębokim zaprzeczeniu nie wyjdzie na spotkanie dziecku. W takiej sytuacji jako dziecko trzeba opłakać i pożegnać w sobie marzenie o relacji ze swoim rodzicem i otworzyć się na matczyną troskę i ojcowską siłę z innych źródeł.

Kiedy słyszę – mój mąż/żona/matka/ojciec jest wściekły, że się zmieniam, że nie ulegam, że stawiam granice, że wymagam innego traktowania, to wiem jedno – ten mąż/żona/matka/ojciec nie chcą wziąć odpowiedzialności za swoją nieświadomość, nie chcą w nią zajrzeć. Wolą, by było tak jak do tej pory, nie ważne, że to oznacza ból dla innych. Niestety nie jest możliwe utrzymanie czy budowanie relacji dwóch dorosłych osób, gdy jedna z nich wybiera żyć świadomie, a druga upiera się przy operowaniu z nieświadomości. Nie ma wtedy szans na związek partnerski, to jest wtedy relacja rodzic – kilkuletnie dziecko, a kto chce za partnera mieć dwu albo trzylatka? By móc ułożyć relacje, związek, małżeństwo na nowo, trzeba odejść. Niekoniecznie fizycznie. Odejść w sensie – przestać ratować/akomodować/regulować partnera i wejść do swojego środka, wejść tam, gdzie partner nie wejdzie, wejść tam, gdzie tylko ty możesz wejść. Po tym spotkaniu samego ze sobą zewnętrzne sprawy same zaczynają się układać. Jeśli Twój partner zrobi to samo, to jest na czym budować, jeśli nie, sprawa jest oczywista.
Dopóki zastanawiasz się – być z nim/nią czy nie, to znaczy, że skupiasz się na zewnątrz, zamiast do środka. Gdy wystarczająco głęboko spotkasz się ze sobą, będziesz wiedzieć co robić.

Jeśli słyszysz zarzut, który ja często słyszałam – że Twoja zmiana niszczy rodzinę, to zastanów się – co tu jest nazywane rodziną? Jeśli rodzina oznacza dojrzałe relacje, odnoszenie się do siebie nawzajem z szacunkiem i miłością, bliskość, to zauważ, że dokładnie tego nie ma, że o to się właśnie upominasz, więc niczego nie niszczysz. Natomiast jeśli rodziną nazywasz pewien chory układ, w którym ktoś na kimś pasożytuje, wykorzystuje, nie traktuje z szacunkiem – to masz wszelkie prawo powiedzieć temu „Nie” i zbudować nowe. Wtedy, niestety przez niektórych, którym pasuje stary układ, będzie to nazwane niszczeniem. Pamiętaj jednak, że masz prawo zburzyć to, co zostało zbudowane na piasku, po to by postawić nowe, zdrowe, w zgodzie z sercem, na solidnym fundamencie i zaprosić do swojego życia tych, którzy też wybierają zdrowy fundament.

Zaprzeczenie było niezbędne na pewnym etapie życia. Chroniło tą bezbronną część nas. Ale my jesteśmy już dorośli. Czas zaopiekować się tą zranioną częścią w nas, pójść do niej, tam gdzie nikt inny nie ma dostępu, a pancerz sam odpadnie. Czas wziąć odpowiedzialność za sprawy, od których się uciekało. Wszelkie rany emocjonalne, które odnieśliśmy w relacji ze swoimi rodzicami,  opiekunami, innymi dorosłymi i na ich podstawie zdefiniowaliśmy siebie i świat, trzeba jako dorosły uzdrowić, by móc doświadczać dojrzałych, bliskich relacji, by przestać używać innych jak przedmioty do swoich celów i udawać przed samym sobą, że się tego nie robi. W trakcie tego procesu pojawią się Ci, którzy będą się temu opierać, będą lamentować, wkręcać Tobie poczucie winy, grozić, straszyć, mieszać Cię z błotem. Nie poddawaj się. Zostaw tych, którzy nie są jeszcze gotowi na zdjęcie pancerza i zajmij się swoim życiem. Masz do niego wszelkie prawo.

Odwagi!

Dar skruchy

Którejś jesieni w czasie studiów, po kolejnym alkoholowym ciągu mojej mamy i tyradzie przeciwko mnie, przestałam się do niej odzywać. Boże jak ja nie chciałam tego roku jechać na Święta do domu! No ale pojechałam, gdzie miałam iść? Poza tym były u dziadków, więc troszkę mniej się bałam dzięki temu. Przy łamaniu opłatkiem mama powiedziała do mnie: „Wybaczam Ci”. W mojej głowie aż zahuczało! Wybaczam Ci??? Co mi wybaczasz? Znoszenie Twojego nałogu? Wszczynanie kłótni? Prowokacje? Obgadywanie mnie przed rodziną? Jedyne co ze mnie wtedy wyszło bez namysłu to: „A ja Tobie nie.” Resztę Świąt przeżyłam w wielkim poczuciu winy myśląc o sobie jak o potworze, który nawet w Święta nie ma miłosierdzia dla własnej matki… Zawzięta, harda, nieugięta – to czytałam z oczu mojej mamy i jej twarzy. Totalna dezaprobata dla mojej reakcji i uczuć.

To jedna z sytuacji, ale było takich znacznie więcej. Od kiedy pamiętam, to ja miałam przepraszać. Przepraszać i amortyzować moją mamę. Uwierzyłam, że to ja byłam winna, że to ja nie umiałam kochać, że to ja nie umiałam wybaczać. Jak miałam wierzyć w coś innego, skoro nikt mi nie powiedział inaczej. Ojciec, który ma być tym, który chroni, był tym, który przyzwalał, dla „świętego spokoju”. Mówił, że mąż i żona muszą stać za sobą. Jasne, w zdrowej relacji tak, ale w tej relacji stał za patologią. Mama mogła odgrywać na mnie co tylko chciała, a ja miałam ZROZUMIEĆ, że jest chora i przyjmować cięgi, jak na dobrą córkę przystało.

Przez lata znosiłam upokorzenia, ogromny wstyd. Przez lata NIENAWIDZIŁAM się za to, że byłam bardzo złym człowiekiem. Gdy kilka lat temu rozpoczęłam uzdrawianie matczynej rany, bolesne wspomnienia zaczęły wylewać się ze mnie jak powódź. Zaczęłam widzieć, że to co było normą w moim rodzinnym domu, to co myślałam, że było normalne, nie było ani zdrowe ani budujące, było emocjonalnie i psychicznie kosztownym utrzymywaniem dysfunkcji. Dotarło do mnie, że tylko dlatego, że coś jest, to nie znaczy, że ma takie być. Zobaczyłam jak zostałam wmanipulowana w branie na siebie odpowiedzialności za problemy emocjonalne mojej mamy. Nic dziwnego, że ciągle czułam, że za mało ją kochałam, że za mało jej wybaczałam. Teraz wiem, że robiłam to za nią, co jest niemożliwym zadaniem, więc oczywiście, że pozostawałam z poczuciem niewystarczalności.

Podczas uzdrawiania matczynej rany zobaczyłam jak w moim domu rodzinnym wszystko było do góry nogami. Zobaczyłam jak moim zadaniem było regulowanie emocji mojej mamy i kiedy mi puszczało, bo przekraczałam próg wytrzymałości, byłam zawstydzana, przezywana, ustawiana do pionu, obgadywana przed rodziną. To ja byłam wariatką, psychiczną, furiatką, nienormalną. To ona piła, ale to ja miałam się leczyć.

Zobaczyłam jak wchodząc w rozwój duchowy, z głębokim przekonaniem, że „nie umiałam kochać”, „nie umiałam wybaczać”, „nie miałam ludzkich odczuć”, „byłam potworem”, chciałam to wszystko w sobie naprawić i raz na zawsze wykorzenić te brzydkie, krzywdzące zachowania wobec bogu ducha winnej matki. Nie wiedziałam wtedy, że były konkretne powody dla moich konkretnych reakcji, a w związku z tym, że nie miałam od kogo nauczyć się zdrowej komunikacji oddawałam mamie to, czego sama mnie nauczyła własnym przykładem.

Spokój przyszedł, gdy przestałam się zmuszać do wybaczenia mamie, gdy przestałam się zmuszać do przepraszanie mamy za to, czego nie zrobiłam. Płakałam przez wiele wiele tygodni gdy zobaczyłam, że to mi należą się przeprosiny, że to mnie skrzywdzono. Ja tak bardzo i tak długo wierzyłam, że to ja byłam winna. To jest to, co trzyma nas w zamkniętym kole kata i ofiary – bycie ofiarą, ale wierzenie, że jesteśmy katem, bo kat tak mówi, sugeruje, czy robi z siebie ofiarę! Totalne pomieszanie.

Zobaczyłam, że oskarżając siebie za to, że nie umiem wybaczyć mamie wmawiałam sobie, że jest ze mną coś nie tak. Nie widziałam w tym jej części. Cały czas uwaga była odwracana od tego co mama robiła, na to jak ja na to reagowałam. Moim zadaniem było utrzymywanie mamy w poczuciu, że wszystko z nią dobrze. Niestety często wymagało to zrezygnowania ze swoich potrzeb czy zrobienia z siebie tej złej czy nienormalnej. Im mniej ją amortyzowałam, tym silniej we mnie uderzała i tym silniejsza była moja reakcja, i znowu słyszałam „Idź się lecz. Jesteś nienormalna”. I tak w kółko…

Zobaczyłam, że starając się ze wszystkich sił wybaczyć jej, przestać się jej czepiać, próbowałam zrobić coś za nią. Chciałam pogodzić się z nią bez zmiany w niej. Pozwalałam jej dalej traktować mnie tak jak mnie traktowała, bo wydawało mi się, że wystarczy, że pozbędę się tych moich niewłaściwych reakcji i wtedy wszystkim nam będzie dobrze. Nie zdawałam sobie sprawy kto tu tak naprawdę ma kogo i za co przeprosić. Ja mamę przepraszałam za moje reakcje, ona za swoje zachowanie względem mnie – nie. Brałam na siebie cały ciężar konfliktów. Długo też nie mogłam rozkminić słownej manipulacji. Słyszałam „ile ja mam Cię jeszcze przepraszać?” i uznawałam to jako przeprosiny! Dopiero po latach zdałam sobie sprawę, że to, że mama tak mówiła, to nie znaczy, że mnie kiedykolwiek przeprosiła…

Niezbędnym elementem pełnego wybaczenia jest… skrucha. Skrucha tego, który zawinił. Przyznanie się, wzięcie odpowiedzialności za krzywdzące zachowanie, zobaczenie jakie zachowanie przyczynia się do konfliktu. Przeproszenie. Refleksja. Autorefleksja. Bez tego, nie ma prawdziwej relacji, nie ma spotkania, nie ma więzi.

Zawzięta, harda, nieugięta. Wreszcie je do siebie przyjęłam. Wreszcie zobaczyłam jak stoją na straży mojej suwerenności. Wreszcie zobaczyłam jak bez nich nie miałam wewnętrznej ochrony. Przeprosiłam je i podziękowałam za te wszystkie sytuacje, w których broniły mnie lepiej, niż ja sama… Odzyskałam moją półprzepuszczalną błonę, która wpuszcza to co zdrowe i nie wpuszcza tego co toksyczne. Nie dostanie mojego serca nikt kto nie zasłużył na nie, kto go nie szanuje, kto traktuje je za oczywistość, kto je krzywdzi, kto nie przeprasza za zadany ból. Moje serce jest wyłącznie dla tych, którzy się o nie troszczą i je szanują.

Mnóstwo energii kosztowało mnie pilnowanie moich granic dopóki nie nauczyłam się rozpoznawać i nazywać rzeczy po imieniu. Dopiero gdy jasno nazwałam co jest dla mnie dobre  i zdrowe, a co złe, mogłam się na to dobre w pełni otworzyć. Natomiast dopóki to było rozmyte moje serce było zamknięte i na złe i na dobre, żeby przypadkiem coś toksycznego nie przemknęło, co mylnie uważałam za dobre, bo nauczono mnie wierzyć, że było dobre, choć dla mnie wcale takie nie było.

Ten post to przeprosiny dla mnie samej. Dla tej sprzed lat, która była SAMA w tym wszystkim, która była potwornie zagubiona. Przepraszam Cię Kochanie. Masz rację – koniec z amortyzowaniem.

Ira Sancta

Kiedyś się jej bałam. Kiedyś od niej uciekałam, robiłam wszystko, by do niej nie doszło, a gdy doszło, to próbowałam schować ją przed całym światem i samą sobą, a gdy wylazła i było za późno, karałam się morzem poczucia winy. Teraz już bardzo rzadko to robię. Daję jej przestrzeń, gdy pojawia się we mnie i pokazuje mi moje nowe TAK, pokazuje mi nową, dopiero co świeżutko odkrytą w sobie granicę, o której istnieniu do tej pory nie wiedziałam. O czym mówię? O ira sancta – święta złość jak ja to nazywam.

Kiedy się pojawia? Kiedy czujemy się ignorowani, niesłusznie potraktowani, dominowani, zmuszani, gdy wmawia nam się coś czego nie powiedzieliśmy lub nie zrobiliśmy, gdy przerzuca się na nas nie naszą odpowiedzialność, gdy nasza wersja wydarzeń nie została wysłuchana, gdy nasze potrzeby nie są brane pod uwagę, gdy tolerancja na to, na co się do tej pory zgadzaliśmy, skończyła się. Definitywnie. Wtedy pojawia się wielkie Basta! I w tym wielkim NIE czemuś w sobie, w swoim życiu mówimy jednocześnie TAK.

Niezmiernie ważne dla odbudowania siebie i swojej autonomii jest wsłuchiwanie się właśnie w te momenty świętej złości. Ona pokazuje na co nie możemy się już zgadzać, czego nie będziemy już tolerować, co do tej pory znosiliśmy, akceptowaliśmy, racjonalizowaliśmy, usprawiedliwialiśmy w imię… no właśnie w imię czego? Warto zadać sobie to pytanie, gdy święta złość się pojawia. W imię czego to znosiłam? Czy jest to nadal aktualne? Czy to jest w ogóle moje?

Odkrywam, że im bardziej zbliżam się do siebie samej, im uczciwiej się w siebie wsłuchuję, tym na więcej spraw, na które do tej pory przymykałam oczy, na które dawałam moje mniej lub bardziej świadome przyzwolenie, nie mam już w sobie zgody. I w związku z tym, że jestem w ciągłej podroży do siebie i nie jestem chodzącym Buddą czy Jezusem, każdego dnia uczę samą siebie, cierpliwie i z wyrozumiałością, jak nie zagryzać ludzi na miejscu za ich niewiedzę o moich nowych granicach (które często sama przecież dopiero przed chwilą rozpoznałam!). I raz się złapię szybciej, a raz później. Takie życie. Jednak żadnego z tych doświadczeń nie zostawiam samemu sobie i choćby po fakcie analizuję, co mnie wzburzyło i dlaczego, co mnie wybiło z mojego środka oraz w jaki sposób, spójny ze mną, a zarazem szanujący drugą osobę (na ile się da!), mogę zakomunikować moje nowe TAK.

Poprzeczka rośnie, bo teraz kiedy jestem postrzegana poprzez to czym się dzielę, jako swego rodzaju „przewodnik” czy „nauczyciel”, pojawiają się w moim życiu ludzie, którzy oczekują ode mnie pewnego rodzaju świętości i wstrzemięźliwości. I to mogło ponownie stać się dla mnie pułapką, bo znowu robiłabym coś dla utrzymania sztucznego wizerunku. Bo przecież „uduchowionej” osobie nie wypada np. obrażać się albo czuć się dotkniętym. Bo przecież „uduchowiona” osoba jest chodzącą wyrozumiałością wobec wszystkich i wszystkiego. Niektórym się wręcz wydaje, że mogą do mnie mówić i pisać (choćby na mojej prywatnej czy firmowej ścianie na FaceBooku czy pod filmami na YouTubie) co im tylko ślina na język przyniesie, bo przecież „nie powinnam” zwrócić im uwagi, bo „powinnam” być chodzącą świętą nie-reaktywnością i z pobłażliwością traktować ich „niewinne” żarciki zabawne tylko dla nich, przycinki, złośliwości, hejty czy nie proszone opinie.

Otóż nie. To nie moje małpy i nie mój cyrk. Ja nazywam rzeczy po imieniu i jak ktoś mi pluje w twarz to nie mówię, że deszcz pada.

12822460_231779607171948_1105227717_n

Nie lansuje siebie na żadnego uduchowionego nauczyciela, czy nieomylnego guru, bo to nie moja ścieżka, jedyne co mnie interesuje to być sobą, taką jaką jestem. Za dużo życia spędziłam w klatce i nie pozwolę znowu się wepchnąć w jakieś sztywne rameczki pt. „co wypada”, więc gdy ktoś mnie skubie tak, że mnie to uwiera to się o tym dowie. Oczywiście, że staram się to zrobić w kulturalny sposób, z przestrzeni serca, bo sama nie znoszę chamstwa i celowego zadawania bólu. Zawsze też staram się zatrzymać i zastanowić się nad tym, co może powodować tą drugą osobą, że tak, a nie inaczej się zachowuje. Ale to nie znaczy, że daję takiej osobie jakąś taryfę ulgową i pozwalam np. wypisywać jakieś brednie na moim profilu. Niby z jakiego powodu miałabym pozwalać odreagowywać na sobie? Żeby udowodnić, ze jestem miła i sympatyczna..? O nie, etap „grzecznej dziewczynki” mam za sobą.

Przy okazji polecam gorąco ten artykuł – Pochwała bycia nie miłym czyli 4 podstawowe błędy osób pracujących nad sobą.

No i niestety, niektórzy mają czasem reakcję na moją reakcję. Mimo, że staram się nie obrażać drugiej osoby i odpowiadać ze zrozumieniem wobec niej, po prostu deklarować mój punkt widzenia bez ataku, to jednak doznają szoku w związku z tym, że się w ogóle odezwałam, że śmiem im mówić co jest dla mnie nie ok, że jak to tak mogłam wprost.  Nie spodziewali się tego, że nie będę się patyczkować ze złośliwościami czy próbami manipulowania mnie i że mam w nosie co o mnie myślą i jaką rolę mi przypisują choćby „uduchowionego guru”.

Taka jestem, to jest moje prawdziwe Ja. Ekspresyjna, wrażliwa, głęboko przeżywająca, empatyczna, ale też warcząca i rzucająca się z pazurami Szpilka. (Na marginesie szpilką można połączyć dwa materiały, ale można też nią ukłuć. Proszę więc uważać do czego się mnie używa). Oaza spokoju to nie ja. Ja nią… bywam. Stanięcie za sobą jest dla mnie ważniejsze, niż jakakolwiek pozytywna czy negatywna etykietka, którą mi się przykleja. Są sprawy, których nie zostawię bez odzewu i koniec kropka. A po „treningu” jaki dostałam we własnym domu wykształciłam na maksa umiejętności takie jak: czytanie między wierszami, odczytywanie podtekstów, czytanie z wyrazu twarzy, postawy człowieka, z jego głosu, czytanie „w myślach”, zwęszanie na odległość półprawd, kłamstw, manipulacji, szantażu emocjonalnego, przerzucania odpowiedzialności itp. itd. (Może minęłam się z powołaniem i powinnam pracować w wywiadzie wojskowym…hmm…) I są tacy, którzy próbują mi wciskać gówienko w złotym papierku tu i tam, i zdziwieni są, że wyczuwam smród przez ów papierek i nie podoba im się, że potrafię przejrzeć ich zagrania na wylot i do tego mówić o tym wprost.

Nie mam nic przeciwko odmiennym opiniom i dyskusjom z nich wynikających, wręcz przeciwnie, bo gdy ktoś pokazuje mi swoje życie, opinie, postawy ze swojego punktu widzenia, nie narzucając mi go, zawsze to wnosi do mojego życia. Jestem od dziecka bardzo ale to bardzo ciekawska i uwielbiam patrzenie pod różnymi kątami, przyglądanie się procesom myślowym innych ludzi, przyczynom ich zachowań i przekonań. Fascynuje mnie to od kiedy pamiętam. Ale nie mam już zgody na tolerowanie wobec mnie czy wobec innych chamstwa, złośliwości, docinania, słownej przemocy, czy wcinania się tam gdzie o opinię nikt nie prosił. Dlaczego miałabym to zostawić bez odpowiedzi? Bo nie powinno mnie to ruszać? Przecież ja nie jestem figurą z wosku, a do tego mam prawo do swojej przestrzeni – czy to będzie mój dom czy ściana na Facebooku czy kanał na Youtubie.  Uczymy innych jak nas mają traktować poprzez konkretne postawy pokazując na co się godzimy, a na co nie.

I tak, to prawda, że czasem „lepiej gówna nie dotykać, bo się człowiek pobrudzi” i wtedy najlepszą odpowiedzią jakiej możemy udzielić jest milczenie.

„Czasami milczenie stawia granice w obronie twojego głosu. Nie musisz wchodzić w interakcje z tymi, którzy nie widzą, nie słyszą i nie szanują twojego głosu. To jest ich proces, NIE TWÓJ”
Sahar Paz

Pamiętam jak na początku mojej „duchowej” drogi, gdy przerabiałam Radykalne Wybaczanie i robiłam dziennie po kilka arkuszy, mój tata powiedział coś w rodzaju „Jesteś pewna, że to co robisz jest właściwe? Kłócisz się z mama więcej niż kiedykolwiek”. Dostałam tym zdaniem jak obuchem. Zbiło mnie z tropu. No tak, przecież „powinnam” być spokojniejsza, wyrozumialsza, przebaczająca, a nie wygarniać bliskim czego mam dość.
I poczułam się oczywiście… winna. No ewidentnie coś jest ze mną nie tak, że robię te cholerne arkusze, a jest coraz „gorzej”. Ha! Wtedy jeszcze nie widziałam, że to była moja ira sancta, która budziła się i stawała w mojej obronie, więc poległam, zwinęłam ogon i przez następne lata robiłam wszystko co mogłam, żeby tej złości w sobie zamknąć pysk.

Doprowadziło to oczywiście do jeszcze większego stłamszenia, bo teraz już nie tylko moje otoczenie, lecz ja sama tej złości totalnie nie akceptowałam i szczerze nienawidziłam, i oskarżałam za wszystkie moje problemy w relacjach. Wtedy nie widziałam, że to z tymi relacjami było coś nie tak, że były zbudowane na chorych fundamentach, a moja złość mnie o tym informowała… Dopiero, gdy ta stłamszona złość wybuchła ze stokrotna siłą i nie miałam już gdzie jej schować, poddałam się i przestałam z nią walczyć. Dotarło do mnie, że muszę jej wysłuchać, że muszę przestać ją ignorować, nazywać demonem i potworem… Zaprowadziła mnie do dzieciństwa, do tego jak ja, jako mała dziewczynka czułam się we własnym domu. Nie co moi rodzice o mnie, o sobie i o moim dzieciństwie opowiadali. Nie co powinnam była czuć, lecz co naprawdę czułam wtedy i jak nadal się czułam w związku z tym. W stosunku do kogo? Z jakiego powodu? Musiałam tej wkurwionej Magdy w sobie wysłuchać, nie raz, nie dwa, setki razy i robię to do tej pory, zwłaszcza wtedy, gdy odkrywam nowe NIE, bo za tym kryje się jeszcze większe TAK dla mojej autonomii. Te odkrycia stają się coraz subtelniejsze, co nie znaczy, że mniej bolesne. Ale teraz mam do nich inny stosunek.

Kiedy teraz porusza mnie tzw. „pierdoła” to nie mówię już sobie, że jestem „przewrażliwiona” i „wymyślam”, lecz zwracam się ku temu co zostało poruszone i odnajduję w tym kolejną cząstkę siebie, która potrzebuje wysłuchania, przytulenia, zrozumienia, miłości.  Innymi słowy wyspecjalizowałam się w wyłapywaniu tego, co ukryte. I za każdym razem gdy wsłucham się w to „przewrażliwienie” zwracam sobie ukrytą przede mną samą cząstkę autonomii, autentyczności, siebie. Co ciekawe właśnie to wsłuchiwanie się w moją złość spowodowało, że przestałam ludzi pożerać żywcem i rzucać jadem na prawo i lewo nawet w tych, którzy ze źródłem mojej złości nie mieli nic wspólnego.
Ale! Jeżeli do kogoś moja deklaracja i szanowanie moich granic i potrzeb nie dociera i próbuje dalej mnie ustawiać i dominować, wtedy pokazuję pazury i kły, i jak to mówią moje dzieci „wypuszczam Kali”. Taka jestem, taką siebie uczę się kochać i akceptować każdego dnia.

Paradoksalnie, mimo, że mam coraz niższą tolerancję na pewne rzeczy, którym do tej pory dawałam przyzwolenie, to jednocześnie mam coraz więcej przestrzeni na inność, na odmienny sposób życia niż mój, na inne opinie niż moja. Nie muszę się ze wszystkim zgadzać, nie musi wszystko ze mną rezonować i właśnie dzięki temu poznaję siebie jeszcze lepiej – rozpoznaję co jest „moje” a co nie i pozwalam innym rozpoznawać i trzymać się tego, co jest „ich”. Czasem niczym z ciekawością dziecka przysłuchuję się innym opiniom. Robię wielkie oczy i mówię „Poważnie??? Niesamowite!”. Wśród znajomych to już słynę z tego mojego „Poważnie???” z oczami jak pięć złotych 🙂 Dla mnie osobiście to jak odkrywanie nowego świata, nowej kultury, nowej planety, jakbym znowu była… dzieckiem. Coraz częściej łapię się na tym, że myślę „o tego nie widziałam, że tak też można…”.
I coraz łatwiej jest mi postawić się w sytuacji innej osoby, spojrzeć przez filtr jej doświadczeń i odczuć, co nie znaczy, że z tego zrozumienia pozwolę się komuś gnębić, źle traktować, czy pozwalać się na mnie wieszać.

W tym wszystkim prowadzi mnie moja ira sancta – święta złość. Ona jest moją strażniczką i przewodniczką. I niestety czasem gra na nerwach tym, którzy jeszcze ją trzymają
na uwięzi…

nie mozesz kontrolowac2

 

Gdy relacja z rodzicem boli.

Rodziców doskonałych nie ma i nie będzie. Każdy rodzic gdzieś po drodze popełnia błędy. Jedni większe, drudzy mniejsze. Tego nie unikniemy. Fajnie, gdy rodzic potrafi się zatrzymać i zreflektować, wysłuchać, przyjąć informację zwrotną, skorygować swoje zachowanie, okazać skruchę czy przeprosić za krzywdę, którą z różnych powodów wyrządził.

Ale co zrobić, gdy mimo, iż jesteśmy dorośli, rodzic nadal traktuje nas jak swoją własność, gdy nadal rani i kompletnie nie bierze za to odpowiedzialności, ba wręcz nie widzi w swoim zachowaniu nic krzywdzącego. Gdy nadal manipuluje, straszy, wkręca poczucie winy, źle życzy, znęca się psychicznie, poniża, kontroluje, wtrąca się do naszego życia, chce o nim decydować, obsmarowywuje przed rodziną, wymaga 100% szacunku, samemu go nie okazując. A gdy próbujesz wyjść z tego uwikłania wpada w szał i obrzuca cię obelgami albo strzela focha albo straszy, że przez ciebie umrze..

Jedyny sposób na to, to porządne odbudowanie się od środka i postawienie granic, w przeciwnym razie taki rodzic cię zmiażdży, zatruje ci życie, będzie ci w nie włazić swoimi buciorami, nastawi innych przeciwko tobie, włącznie z twoimi własnymi dziećmi, bedziesz chodzić u niego na sznureczku.

Jeśli rodzic nie ma w sobie za grosz gotowości, by w ogóle spojrzeć na siebie i zauważyć że, to co robi jest przykre i degradujące, gdy domaga się bezwarunkowego szacunku i dozgonnej wdzięczności i adoracji, całkowicie negując i ignorując twoje odczucia i to jak ty się czujesz w tej relacji, to jedyne co pozostaje to właśnie postawić granice, czasem wręcz ograniczając kontakt do zera. Nie po to, żeby rodzica ukarać czy się na nim mścić, lecz po to, by zadbać o swoją zdrową przestrzeń do życia.

Bedziesz też potrzebować wsparcia w procesie stawiania granic rodzicowi (małżonka, przyjaciela, terapeuty czy grupy wsparcia), zwłaszcza jeśli twój rodzic jest narcystą, bo gdy zaczniesz wypowiadać mu posłuszeństwo odbierze to jako obrazę majestatu i wpadnie w tzw. narcystyczny szał i zrobi tzw. narcystyczną kampanię wśród rodziny i znajomych przeciwko tobie.

Gdy jesteśmy dorośli, to już nie są czasy, gdy musisz nadal znosić upokorzenia rodzica. Tłumaczenie sobie „znoszenia” rodzica tekstami w rodzaju: bo nie ma innego wyjścia, bo tak wszyscy robią, bo tak wypada, bo rodzicom się należy, jest naiwnym i krzywdzącym podejściem i prowadzi do coraz większej wewnętrznej frustracji, żalu i goryczy, które prędzej czy później przelejesz na kogoś innego (małżonka czy dziecko). Pamiętam nadal jak wiele razy zmuszałam się do rozmów i spotkań z moją mamą („bo to przecież moja mama, jak mam z nią nie rozmawiać?”), a po rozmowie czy spotkaniu darłam się „nie wiedzieć czemu” na moje dzieci. Pamiętam to napięcie w ciele, zaciśnięte pięści i odruch wymiotny. Wtedy jeszcze nie umiałam rozpoznać ukrytego szantażu emocjonalnego. Ale moje ciało rozpoznawało go bezbłędnie…

Gdy byliśmy mali, to rodzice decydowali całkowicie o formie naszej wzajemnej relacji. Tak się do tego przyzwyczailiśmy, tak to w nas wrosło, że do głowy nam nie przyjdzie, że jako dorośli mamy prawo wpływu i decydowania o kształcie tej relacji. Przypomina mi to trening słonia, który stosują jego właściciele. Gdy słoń jest mały przywiązuje się go do małego, wbitego w ziemię palika. Słonik nie może się od niego uwolnić. I z czasem, mimo że staje się wielkim słoniem, który wielkie bale bez problemu trąbą podnosi, nadal gdy jest przywiązany do małego palika trwa przy nim, nie wiedząc, że mógłby go wyrwać jednym lekkim ruchem.

Nasze życie jest pełne takich sytuacji. Coś zostało wyuczone i nawet nie przyjdzie nam do głowy to zakwestionować. Gdy osoba dorosła wyrządza drugiej osobie dorosłej krzywdę, to nikogo to nie dziwi, że osoba poszkodowana domaga się przeprosin czy zadośćuczynienia. Ale gdy chodzi o relację rodzice – dorosłe dziecko, wielu rodziców swoim dorosłym dzieciom tego odmawia, traktując ich nadal jak swoją własność czy podwładnych. Ale to, że rodzice nie biorą odpowiedzialności za swoje czyny i zachowują się tak, jakby im było wszystko wolno TO NIE ZNACZY, że nam dorosłym dzieciom nie wolno się dopominać szacunku i równego traktowania, TO NIE ZNACZY, że mamy się godzić na krzywdzące zachowania rodziców. I to nie rodzic decyduje o tym czy coś jest krzywdzące, lecz dziecko, które w danej sytuacji czuje się poszkodowane.

Ciagle słyszę na sesjach z klientami „nie mam ochoty jeździć do rodziców”, albo „gdyby nie więzy krwi to w ogóle bym się z mamą/tatą nie spotykała”. To się nie bierze z niczego. To nie jest jakieś widzi-mi-się dorosłego dziecka czy totalny brak wdzięczności z jego strony. Niestety bardzo często rodzic nie chce przyjrzeć się temu dlaczego dziecko czuje się źle w jego obecności, wychodzi z założenia, że to z dzieckiem jest coś nie tak, bo przecież to dziecko powinno być wdzięczne za to WSZYSTKO co się dla niego zrobiło. Ponadto absolutnie temu dziecku, pod żadnym pozorem nie wolno wracać do przeszłości. Ma o niej zapomnieć raz na zawsze. Broń boże wyciągać jakieś niewygodne wspomnienia. Ma być wdzięczne, usłuchane, podporządkowane, uśmiechać się na imprezach rodzinnych i czcić rodziców. Taka zabawa w wielką ułudę. A niech tylko spróbuje ją popsuć, otworzyć usta i wytknąć coś rodzicowi, czeka go wtedy gniew, szał, wyzwiska, pogróżki i wykluczenie.

Według mnie to bardzo aroganckie wymagać od dziecka dyspozycyjnosci, uległości i adoracji. I smutne to jest, że w dzisiejszych czasach, mimo wielu zmian, jest nadal mnóstwo rodziców, którzy stosują jawną bądź ukrytą dyktaturę zamiast dialogu. Jak to jeden z moich klientów ujął „całe życie myślałem, że to tylko ojciec był tyranem, a teraz, gdy stawiam granice, wyszło na jaw jakim ukrytym tyranem jest moja mama”.

Często słyszę „z moją mamą nie da się rozmawiać”, „moi rodzice wszystkiego się wypierają”, „oni mówią, że tak nie było, że przesadzam”, że „mam zapomnieć” itp. To boli, gdy rodzic wypiera, gdy neguje, naiwnie myśląc, że zapomnimy i nie będziemy do tego wracać. Gdyby tylko ci rodzice wiedzieli jak wiele mogliby zyskać tym, że szczerze porozmawialiby ze swoimi dziećmi, gdyby zamiast wybielać się, okazali skruchę za te raniące rzeczy, gdyby zeszli z piedestału, by się z nami prawdziwie spotkać…

Mam to szczęście doświadczać tego od mojego taty. Gdy zapytałam o pewne kwestie mojego dzieciństwa, nie udawał, że nic złego nie miało miejsca, wręcz poczułam wtedy, że żałuje, że pewne rzeczy się wydarzyły. Nie usłyszałam od niego, że wymyślam, że tak nie powiedział/nie zrobił. Potrafił też wiele razy przeprosić mnie za swoje zachowanie. To zbliża, bardzo. Bo mimo krzywd (których nigdy nie unikniemy!), ma się poczucie, że temu rodzicowi zależy na wzajemnej relacji. Rodzic nie ma być bez skazy, ma być prawdziwy i potrafić przyznać się do błędu. Kiedyś w rozmowie nasz syn powiedział do męża, który żałował, że się czasem potyka w relacji z nim, „tato ja nie chcę, żebyś był idealny, bo wtedy mi też nie będzie wolno popełniać błędów'”.

Dzieci potrzebują uznania swoich uczuć, potwierdzenia, że to co czują ma prawo być. Bardzo destrukcyjnie na psychikę dziecka wpływa wypieranie się przez rodzica. Dziecko wtedy się gubi i zaczyna wątpić w swoje zdrowe zmysły – „No to co to jest co ja czuję?”, „Wymyślam to sobie?”, „Co jest ze mną nie tak skoro oni mówią, że nic się nie stało?” A gdy do tego dochodzi obarczanie winą dziecka („Jesteś nienormalna, jak ty się zachowujesz?”, „Jesteś okropna, jak śmiesz tak mówić do matki?”, „Ja przez ciebie zejdę na zawał”) to dziecko zostaje zainfekowane toksycznym wstydem, który staje się częścią tożsamości.

Rodzic, który nie bierze żadnej odpowiedzialności za własne zachowanie zamyka drogę do zdrowej autentycznej relacji ze swoim dzieckiem. Tam nie ma i nie będzie kontaktu.

Dziecko nie jest własnością rodzica. Niestety jeszcze w wielu domach rozgrywa się dramat za zamkniętymi drzwiami. Dlatego postanowiłam przerwać milczenie, by jak najwięcej osób uświadomić, po to, by mogły wyjść z bolesnego uwikłania i zacząć żyć swoim życiem, tak jak ja to zrobiłam. Obrywam za to, ale już się nie cofnę. Każdy atak w moją stronę staje się nawozem dla mojego wzrostu. Paradoksalnie, to co kiedyś wywoływało we mnie przerażenie, paraliżujący lęk i ogromne poczucie winy teraz, gdy się pojawia, wzmacnia jeszcze bardziej mój niezniszczalny wewnętrzny rdzeń. To jest siła, która płynie z uzdrowionych ran.

Odwagi Kochani!

 

Odpowiedzialność za siebie w związku

Jakże wiele razy robimy coś, co rani drugą osobę w związku. Nie dlatego, że to, co robimy jest raniące samo w sobie i robimy to celowo, by zranić. Rani, bo uderza w emocjonalną ranę, którą ten człowiek nosi w sobie od lat.

Napisała do mnie ostatnio kobieta, która jest rozdarta wewnętrznie, ponieważ przyjaźni się z kimś, kto wspiera ją w rozwoju, a kto wg jej męża zagraża ich związkowi. Napisała, że być może powinna wycofać się z tej przyjaźni, by zrobić przestrzeń w swoim życiu na samodzielny wzrost, a poza tym wie, że rani męża tą przyjaźnią i nie chce mu dodawać cierpień. Hmmm… delikatna sprawa…

Przypomniało mi to czasy, kiedy okłamywałam własnego męża, nie mówiąc mu, że spotykam się z przyjacielem, żeby Grzegorz nie czuł się zazdrosny. Ale to nie działało, bo przez to ja się czułam tak, jakbym robiła coś złego. I na dłuższą metę nie działało to dla mojego męża, bo „pomagałam” mu w ten sposób utrzymać jego strachy w miejscu… Pozostawał nadal schowany w swojej skorupce, która „chroniła” go przed całym światem. Zazdrość sygnalizuje, że osoba czuje się niewystarczająco dobra… i to jest dokładnie to, jak mój mąż tak naprawdę się czuł. Poprzez kłamanie „chroniłam” go przed poczuciem „jestem gorszy”. Trzymało to i mnie i jego w ograniczeniach. Nie żyliśmy świadomie, żyliśmy w reakcji na nasze wewnętrzne emocjonalne rany.

Któregoś dnia zdobyłam się na odwagę i powiedziałam mu, że mam zamiar spotkać się z przyjacielem, o którego był zazdrosny i z dwoma innymi osobami. Do dziś pamiętam jego minę i totalne „Co…?!?!” na jego twarzy. To był początek dla mojego męża wychodzenia ponad to, co o sobie wtedy myślał. Początek nieprzyjemny, bolesny, który wywołał falę emocji. Moja uczciwość w związku z tym czego wtedy potrzebowałam otworzyła drzwi dla niego, by zmierzyć się ze swoimi ograniczeniami. Powiedziałam wtedy Grzegorzowi jak się czuję w obecności tego przyjaciela, jak jego towarzystwo mi pomaga. I jednocześnie zdałam sobie sprawę… że przyszedł czas bym uzdrowiła w sobie zależność emocjonalną od tego przyjaciela… Uczciwość prowadzi do… uczciwości.

Oboje z mężem tańczyliśmy wtedy chory taniec. Ja czułam pustkę w środku, a on czuł się gorszy. Para z piekła rodem… On nie napełniał mojej pustki, a ja nie wspierałam jego poczucia wartości. Oboje chcieliśmy czegoś z zewnątrz. I dopiero, gdy wzięliśmy odpowiedzialność za nasze wewnętrzne emocjonalne rany, mogliśmy urosnąć ponad nie. Przestałam chronić Grzegorza przed bólem, przestałam być odpowiedzialna za jego odczucia i reakcje, co nie znaczy, że zamieniłam się w zimną sukę. Zajęłam się swoimi odczuciami i reakcjami, wzięłam odpowiedzialność za siebie. Pozwoliłam na to, by czuł to, co czuł, bez naprawiania tego moimi działaniami czy brakiem działania. I on zrobił to samo – przestał pozwalać na to, żebym traktowała go jak moje lekarstwo.

Teraz, gdy coś się we mnie zadziewa, Grzegorz nie próbuje tego naprawiać, po prostu jest, obecny, obok mnie, przytula mnie lub głaszcze jeśli potrzebuję. Nie daje się wkręcać w moje rany, zwłaszcza, gdyby to oznaczało “nie” dla jego potrzeb. Nie wkręca się w moje lamenty, ale też ich nie ocenia. Słucha, daje przestrzeń zranionej części mnie, tak jakby słuchał skrzywdzonego dziecka. Nie ratuje, nie pociesza, jest, jest ze mną w tym przeżywaniu. I ja robię to samo dla niego. Dajemy sobie nawzajem przestrzeń i obecność.

To co oboje odkryliśmy to to, że kiedy zraniona część któregoś z nas zostaje wysłuchana, kiedy ofiaruje się jej empatię zamiast litości bądź oceniania, to w tej przestrzeni akceptującej obecności następuje ulga, rozluźnienie, spokój… Bo dokładnie tego ta zraniona część potrzebuje – być wysłuchaną, zauważoną, przyjętą bez żadnych ocen.

Doświadczyłam jak ważne jest bycie uczciwym ze sobą. Zadawanie sobie samej pytań, na przykład: jakie są powody moich działań? Czy działam świadomie, czy z reakcji na jakąś moją wewnętrzną emocjonalną ranę? Dlaczego rezygnuję z czegoś, np. z przyjaźni z kimś? Czy czuję wewnętrzne „tak”, bo np. potrzebuję przestrzeni dla siebie, swojego związku, czy czuję, że czegoś samą siebie pozbywam? Innymi słowy czy robię to dla siebie, czy po to, by kogoś chronić przed jego lękami…? Ważne się temu przyjrzeć, bo jakiekolwiek działanie nie zgodne z twoją wewnętrzną prawdą obróci się przeciwko tobie… i przeciwko drugiej osobie, bo nieświadomie będziesz tą osobę winić za to, czego sobie sama odmawiasz.

Dlatego uważam, że ważne jest by wsłuchać się w siebie i w to, co dana osoba, rzecz, sprawa dla mnie samej znaczy, jakie miejsce w moim życiu zajmuje. W przypadku tej kobiety, która do mnie napisała, wsłuchanie się w siebie i zadanie sobie samej uczciwie pytań: co dla mnie oznacza przyjaźń z tą osobą, ile przestrzeni mam w swoim życiu na nią, czy to ja chcę od tego odpocząć czy robię to dla kogoś innego? I odpowiedź na te pytania może się zmieniać. I może to faktycznie jest czas zrobienia sobie przerwy od tej przyjaźni, jest to jak najbardziej słuszna potrzeba. To jest to, co ja zrobiłam na pewnym etapie podróży wewnętrznej. A właściwie stało się to samo, organicznie.

Przestałam kurczowo trzymać się ludzi. Pozwoliłam wtedy by pozostało przy mnie bardzo wąskie grono, z którym czułam się bezpiecznie. Potrzebowałam wtedy tej dobrowolnej izolacji, żeby pobyć ze sobą, odbudować się i wzrosnąć. Jedyne czego wtedy najbardziej potrzebowałam to obecności w grupie kobiet, które przechodziły wtedy to, co ja – kobiet z grupy „Healing the Mother Wound – Uzdrawianie Matczynej Rany” i przyjaciółki, która również przez to przechodziła oraz wsparcia mojej mentorki. Potrzebowałam wtedy bardzo ale to bardzo czuć się usłyszaną, widzianą. Potrzebowałam tego, by ktoś uznał moje krzywdy. Miałam dość słuchania o przebaczeniu, o tym by zapomnieć o przeszłości.

Byłam wtedy otwartą raną. Nie byłam w stanie kontaktować się ze światem, tak jak do tej pory. Ci, którzy sami nie zajrzeli w swoje rany, nieświadomie zadawali mi ból. Zadbałam więc o siebie i schowałam się w moim gnieździe, by odrodzić się na nowo. Stopniowo, powolutku uczyłam się dawać sobie to, czego zabrakło w relacji z moją mamą. To wszystko czego mi z różnych powodów nie dała, zaczęłam dawać sobie sama. Moja zależność emocjonalna od przyjaciela, o którego Grzegorz był wcześniej zazdrosny rozpłynęła się. Ale nie dlatego, że przestałam się z nim spotykać, lecz dlatego, że stanęłam twarzą w twarz z tą pustką, od której uciekałam. Zobaczyłam, że ten przyjaciel był ucieczką od tej pustki. Gdy zaczęłam być matką dla siebie samej, gdy sama o siebie zaczęłam się troszczyć emocjonalnie, pustka zaczęła znikać, więc nie było już od czego uciekać. Odtąd mogłam w pełni cieszyć się obecnością tego przyjaciela bez poczucia głodu za nim po spotkaniu.
To jak z każdym nałogowcem. Nałóg jest dla niego ucieczką, ucieczką od czucia. Tylko poprzez stanięcie twarzą w twarz z tym, przed czym ucieka, uwalnia się od nałogu.

Jest jeszcze jedna kwestia, która mi się nasuwa w temacie wyborów pomiędzy ludźmi. Wielu z nas, jako dzieci byliśmy stawiani w sytuacji wyboru pomiędzy mamą a tatą. Niejedna matka robiła wszystko, by dzieci nastawić przeciwko ich ojcu. Z różnych powodów. Czasem robiła to wprost, czasem bardzo subtelnie. Dziecko w takiej sytuacji czuje podświadomą lojalność wobec matki i może czuć się jak zdrajca, gdy zbliża się do taty. A jest tylko dzieckiem i oczywiście, że ma prawo kochać oboje, jacy by nie byli, ma prawo przebywać z obojgiem, chcieć obojga. Pochodzi z obu, tak z mamy jak i z taty.
Jeśli to prawo było dziecku odmówione, może w dorosłym życiu mieć poczucie, że jest w różnych sytuacjach, jak pomiędzy przysłowiowym młotem a kowadłem, że musi ciągle wybierać, że ma serce rozdarte. I w te uczucia trzeba zajrzeć, wysłuchać, pobyć z nimi, jak z małym zagubionym dzieckiem…

A więc Kochani, odwagi! Odwagi do zadawania sobie pytań, odwagi do bycia blisko, przede wszystkim ze sobą. I pamiętajmy, że odwaga to nie brak strachu, to działanie mimo strachu. Przytulam mocno 🙂

Nie naprawiaj, po prostu bądź…

Jak to jest u nas ludzi z empatią? Myślę, że kiepsko, a to dlatego, że nie mieliśmy zbyt dobrych przykładów w życiu. Bardzo często bagatelizujemy to, co się w innych zadziewa, wręcz mogą nam się wydawać śmieszne ich odczucia, nie mają dla nas sensu, mamy ochotę potrząsnąć drugim człowiekiem i powiedzieć „ty weź nie przesadzaj”, bo tak robiono z nami…

Ciągle słyszę na sesjach, które prowadzę – nie było nikogo, kto mnie rozumiał, nie było nikogo komu mogłam się zwierzyć, musiałam sama być z tym, co czułam…

Wczoraj wieczorem zmęczona tropikalnym klimatem wrzuciłam posta na fejsa, który mówił o tym, że już mi wystarczy tego ciepła, że tęsknię za zimnem i że obawiam się suchej pory, która będzie jeszcze bardziej gorąca. Gdy rano przeczytałam komentarze pod spodem poczułam bardzo znajome uczucie… Czułam je wiele wiele razy jako dziecko –
zero zrozumienia, za to poczucie, że wydziwiam i nie doceniam tego, co mam… Co też ja tu wypisuję, przecież mam tak dobrze, tyle ludzi chętnie by się znalazło na moim miejscu, przejdzie mi itd. Ani jednego komentarza w rodzaju „Powiedz mi coś więcej”, „To jak to jest, że aż za śniegiem tęsknisz?”. Nikt z odpisujących nie postawił się w mojej sytuacji, wszyscy pisali o sobie, nie o mnie. Auć… zabolało… I tak właśnie żyjemy.

I żeby było jasne, nie oceniam tych osób, bo po pierwsze „dzięki” nim weszłam w kontakt z emocjami, które czekały lata na zauważenie, a po drugie, była to dla mnie bardzo ważna obserwacja i bardzo ważna lekcja. Życie przez nich dobitnie mi pokazało jak bardzo potrzebujemy empatii…
I nie żebym była aniołem. Mi też zdarza się jeszcze zbagatelizować to, co czuje moje dziecko, mąż, rodzic, brat, przyjaciółka… Patrzę wtedy moim oczami na ich przeżycia, nie wsłuchuję się w to, co mówią.

00_nvc_empatia(Źródło: http://www.dominikajasinska.pl/downloads)

Jest w naszej kulturze taki przymus odwracania uwagi od uczuć, nie uznawania ich. Uczymy się bardzo wcześnie, że o uczuciach nie można i nie warto mówić, bo zostajemy wyśmiewani, pouczani, oceniani, ile razy słyszeliśmy „masz tak dobrze, pomyśl o dzieciach z Etiopii”?.

I to zostaje w nas, wręcz naukowcy donoszą, że pewne części naszego mózgu nie rozwijają się tak, jak mogłyby, gdyby odnoszono się do nas z empatią. To czego nam nie dano, nie umiemy dać innym. Tyle w temacie. Na szczęście nasze mózgi są plastyczne i mogą się zmieniać całe życie. Empatię, której nie dostaliśmy od rodziców, teraz możemy dać ją sobie sami. Tak zrobiłam dziś – wysłuchałam mojej Magdusi i tego jak się poczuła… Przytuliłam samą siebie, pobyłam ze sobą, wysłuchałam…

To jak odnosimy się do siebie samych i do innych wpływa na nasze dzieci. Uczą się z przykładu, przez naśladowanie. Dlatego tak ważne jest to, co widzą, obserwują, co im pokazujemy, co dla nich modelujemy swoim zachowaniem. A jakże często ignorujemy to, co się z nimi dzieje, bo z naszej perspektywy wydaje się to nie ważne, śmieszne, wręcz absurdalne… tak jak moja tęsknota za śniegiem… Przecież „każdy” marzy o życiu w tropikach, zobacz jak masz dobrze, a jeszcze narzekasz… chcesz się zamienić…?

Tak narzekam, mam do tego prawo. Mam czasem lepszy, czasem gorszy dzień i mam prawo nazwać po imieniu to, co się we mnie zadziewa. I ostatnią rzeczą, którą chcę usłyszeć, gdy jest mi źle lub trudno i dzielę się tym, to to, że przesadzam, że inni mają gorzej, że mi przejdzie… Dlatego piszę o tym od razu, póki to całe doświadczenie jest we mnie żywe, by uhonorować tą małą Magdusię we mnie, która poczuła się tak jakby wydziwiała… Poczuła się tak, jakby nikt jej nie zrozumiał i nie usłyszał. Chcę o tym doświadczeniu pamiętać, chcę o tym pamiętać następnym razem, gdy moje dziecko przyjdzie z problemami swojego świata do mnie, gdy mój mąż zwierzy mi się z odkrycia czegoś i będzie o tym mówił po raz enty… To jak wtedy się zachowam, to co powie moja mowa ciała, to czy dam temu przestrzeń, dołoży cegiełkę do więzi między nami lub nie.

Często też wydaje nam się, że wysłuchanie kogoś oznacza, że mamy znaleźć rozwiązanie dla tej osoby, że musimy powiedzieć coś mądrego, by tej osobie przeszło, rzucamy teksty w rodzaju „zobaczysz przejdzie ci” zamiast „słyszę cię”, „jestem przy tobie, posiedzę tu z tobą”. Nie umiemy po prostu BYĆ. Koniecznie chcemy jakoś temu zaradzić… bo sami nie czujemy się komfortowo z tym, co się zadziewa w tej osobie, przeszkadza nam to, burzy nam to nasz spokój, nasz dzień, pobudza nasze lęki, czy wręcz wydaje nam się to śmieszne i chcemy ich ustawić do pionu…

Tylko, że nie na tym polegają relacje… Nie na tym, by załatwiać za innych, czy ustawiać ich pod swoją mapę rzeczywistości, lecz, by BYĆ, usłyszeć, co się zadziewa w ich świecie, zatrzymać się nad tym, zadumać. Nie mamy narzucać swojego świata innym, nie mamy robić podbojów, czy mówić „popatrz jak ja mam bez sensu, ty to masz super”.

Pomyśl, jak Ty się czujesz, gdy ktoś tak do Ciebie mówi? Jak ty się czujesz, gdy masz dość i po prostu chcesz z siebie wyrzucić to, co cię męczy i nie spotykasz się ze zrozumiem, przytuleniem, pobyciem, lecz z radami, pouczaniem, porównywaniem…? Jeśli przechodziłaś jakiś kryzys, trudną sytuację, co Tobie najbardziej pomogło, a co najbardziej zraniło w zachowaniu innych osób?

Ja dziś dobitnie doświadczyłam na własnej skórze jak to jest, gdy nie ma empatii. I za to doświadczenie jestem ogromnie wdzięczna i z głębi serca dziękuję wszystkim tym, którzy nieświadomie w tym uczestniczyli. Dostałam dziś bardzo namacalną lekcję, którą biorę ze sobą.

Na koniec chcę się podzielić fragmentem książki „Being me, loving you” („Być sobą, kochać ciebie”) Marshalla Rosenberga, która jest spisem rozmów, które odbyły się na jednym z warsztatów.

„Podnoszenie na duchu a empatia”

Uczestnik: Chciałbym zrozumieć różnicę pomiędzy empatią dla kogoś np. „wygląda na to, że jesteś wystraszona i potrzebujesz podniesienia na duchu”, a faktycznym podnoszeniem na duchu. Co jeśli oni mówią „potrzebuję, żeby mnie ktoś podniósł na duchu”.

Marshall: Jeśli osoba mówi, że potrzebuje podniesienia na duchu i ja mogę jej to chętnie dać, nie ma problemu. Problem w tym, gdy podnosimy innych na duchu, gdy tak naprawdę potrzebują empatii. Na przykład, pewnego razu moja najstarsza córka patrzyła w lustro i powiedziała: „Jestem brzydka jak świnia.” Ja na to powiedziałem: „Jesteś najcudowniejszą istotą jaką Bóg kiedykolwiek stworzył. Ona na to: „Tato!”, wyszła i trzasnęła drzwiami. Wydałem opinię. Ona potrzebowała empatii, a ja chciałem zrealizować w tym momencie moją potrzebę i to naprawić. Więc co zrobiłem? Poszedłem do swojego pokoju, niezadowolony z siebie, mówiąc do siebie: „Uczysz tego każdego dnia, a kiedy to się dzieje, to zapominasz. Zapominasz rady Buddy – nie naprawiaj, po prostu bądź.” Po czym poszedłem do niej i powiedziałem:

Marshall: Domyślam się, że chciałaś usłyszeć jak rozczarowana jesteś swoim wyglądem, zamiast mojego podnoszenia cię na duchu.

Córka: Dokładnie. Ty ciągle chcesz wszystko naprawiać.

Marshall: Przyznaję się do zarzutów.

 

 

O diable i piekle, którym nas się straszy.

My mamy w sobie raj, my mamy w sobie harmonię, my mamy w sobie miłość. To nie jest tam, gdzieś, na zewnątrz, to nie jest związane z miejscem, w którym jesteśmy albo z osobami, z którymi przebywamy, to jest w środku, w samym środeczku. Piekło, którym się nas straszy, to odcięcie od tego wewnętrznego raju. Piekło nie jest na zewnątrz, nie jest konkretnym miejscem, czeluścią w środku ziemi, piekło to jest to, czym żyjesz , gdy tkwisz w strachu, gdy jesteś odcięty od swojej wewnętrznej mocy, gdy potępiasz, oceniasz, krytykujesz, przede wszystkim siebie… Bo gdy to robisz sobie, to robisz to automatycznie innym, choćby w myślach. Bo tylko wtedy możesz odrzucić kogoś innego, gdy sam odrzucasz siebie.

Piekło to ten strach, który nam wrzucono, że jestem niegodny, popsuty, coś ze mną nie tak, to te wszystkie ograniczenia, poczucie winy itd. To jest piekło. I gdy się z tego wyzwalamy, gdy wracamy do siebie, wsłuchujemy się w naszą Duszę, gdy połączenie z naszą boskością w środku staje się najważniejsze, to wszystko się zmienia. Zaczynamy przygarniać w sobie wszystko to, co nauczyliśmy się w sobie i innych odrzucać. I zadziewa się CUD. Przygarniając cząstka po cząstce, okazując sobie coraz więcej miłości i akceptacji przestajemy się oddzielać, oceniać, siebie i innych, zaczynamy widzieć piękno w sobie i innych, a co za tym idzie zaczynamy inaczej postrzegać świat wokół nas. I ten świat na naszych oczach się zmienia. To się może wydawać dziwne i nieprawdopodobne – no jak to? To ja zmienię postrzeganie i świat się zmieni? Tak! Naukowcy już w tej chwili mówią o równoległych światach, które wibrują różnymi częstotliwościami. Więc zadaj sobie pytanie w jakim świecie chcesz żyć? I stwórz taki najpierw w sobie, ty stań się światem, którego chcesz doświadczać. To czym wibrujesz, to przyciągasz, więc jakie częstotliwości chcesz by były obecne w Twoim życiu?

To nie są teorie, ja tego doświadczam każdego dnia. To na kogo trafiam, na jaką rozmowę, na jaką wiadomość, pokazuje mi gdzie ja jestem w danym momencie wibracyjnie. I gdy jest to coś, co mnie złości, zasmuca, to mam ŚWIADOMY wybór – tkwić w tym i oceniać i produkować więcej niskich wibracji albo to w sobie zintegrować, przytulić.
Z tym, że nie chodzi o to, by udawać, że coś nami nie poruszyło, gdy poruszyło czy odcinać się od tego, bo i tak nadal tym wibrujemy i podajemy dalej. Przykrywamy wtedy gówno bitą śmietaną. Chodzi o to, by to, co zostało poruszone zauważyć i z tym pobyć. To trzeba w sobie przetransformować. Taką moc mamy – transformacji. My jesteśmy mistrzami alchemii. My we własnych ciałach i sercach przemieniamy strach, złość, smutek w miłość i światło. Każdy z nas ma tą MOC.
I to się robi przez CZUCie, nie intelektualnie. Nie wystarczy sobie powiedzieć „a tam, głupia baba, mam ją gdzieś, nie będę się denerwować z jej powodu”, gdy tak naprawdę cali chodzimy w środku. Trzeba z tym zdenerwowaniem posiedzieć, bo ono jest stare i woła o uwagę. Trzeba tą uwagę dać, przytulić, a nie odrzucać i oceniać, bo tam jest jakaś część nas, która się zagubiła.

Diabeł, którym nas się straszy, to według mnie, jest wszystko to, co nauczono nas odrzucać, co w sobie sami i w innych odrzucamy, co nazywamy złym, niewłaściwym i to się staje projekcją i może przybrać formę myślo-kształtów, może powołać do życia jakieś nieprzyjemne formy. To jest to, co zobaczyłam kiedyś w wielkiej gorączce kilka lat temu – brzydkie, okropne twarze. Zobaczyłam je, gdy pewnego wieczoru, w wielkim płaczu krzyczałam do siebie „dlaczego jestem takim potworem, dlaczego ja się taka okropna urodziłam!!!!????”
I zostało mi pokazane, że ja się taka nie urodziłam… że to, co w sobie oceniałam i odrzucałam nie było złe, lecz tak zostało nazwane, zostało zdemonizowane. I patrzyłam na te okropne, powykrzywiane twarze i wcale się ich nie bałam, zero lęku, bo czułam, ze są mi znajome… I patrzyłam na nie wręcz z zaciekawieniem, jakbym chciała powiedzieć do każdej z nich „Ty poważnie tak o sobie myślisz???” To były części mnie, które odrzucałam, które nauczono mnie odrzucać. I one „podchodziły”, a ja im patrzyłam w oczy i pytałam z niedowierzaniem „czy to prawda że jesteś brzydka i okropna?” i one znikały jedna po drugiej. Tysiące twarzy… Nie mogłam uwierzyć, że one naprawdę myślą, że są brzydkie. Jedyne co ja czułam to wielką miłość do nich.

Wiele razy czułam się odrzucana w rodzinie, słyszałam, ze byłam zła, niedobra, że powinnam się zmienić. Ale to nie była prawda. To była projekcja moich najbliższych na mnie. To, co mieli nie zintegrowane w sobie, to czego w sobie nie kochali, przerzucali na mnie, nieświadomie. I to jest tragedia dzieci – one z czasem tracą to poczucie, że są Miłością i zaczynają wierzyć w to, co słyszą od osób wokół, od osób, które są pooddzielane od siebie…
Dlatego robię to, co robię i nie mogę przestać, choć wiele razy dopadały mnie wątpliwości.. To moje zadanie, z nim przyszłam. Pomóc dorosłym wziąć odpowiedzialność za siebie i swoje projekcje, żeby dzieci, które przychodzą na ten świat nie musiały zapominać kim tak naprawdę są, by mogły w pełni tą Miłość i Prawdę wyrażać. Taki świat wybieram i w służbie takiego świata jestem. Ktoś może powiedzieć, to Utopia, ale ja w to wierzę. Ja wierzę, że nasze dzieci są najczystsze, najuczciwsze, tylko im nie przeszkadzać. Jaki świat stworzą, jeśli nie wytępimy z nich tego, z czym przychodzą? Jaki świata stworzą, gdy nigdy od boskości w sobie się nie oddzielą? Gdy nie „kupią” tego, co my „kupiliśmy” od naszych poranionych bliskich.

Ja wtedy w tej gorączce, która trwała 3 dni i 3 noce po raz pierwszy przestałam „kupować” brzydotę w tych twarzach, nie było możliwości, żeby mi wmówiły, że są złe, niedobre i chcą mi zrobić krzywdę. Wręcz przeciwnie – całą sobą czułam i mówiłam do nich – „Ja wiem kim jesteście naprawdę. Wy sobie możecie wkręcać jakie okropne jesteście, ale ja wiem kim jesteście naprawdę.”
I był ktoś wtedy przy mnie. Ja nie wiem kto to był. Dusza, Jezus, sam Bóg, nie wiem. Ktoś był i cały czas czułam tą Obecność. Trudno mi to wytłumaczyć. To jest tak, jakby coś było w tej przestrzeni i wspierało cały ten proces, nie robiło tego za mnie, lecz było obok, ale było tak silne i tak pełne Miłości, że ja czułam tą Moc i Miłość w sobie i ta Miłość i totalna Akceptacja przelewały się do tych twarzy.
Mimo, że byłam bardzo słaba fizycznie, wycieńczona, to wewnętrznie czułam tak ogromną Moc i przede wszystkim Pewność, wielką Pewność, która spowodowała, że ta interpretacja, że te części są brzydkie została zdemaskowana. Nie można było w nią już wierzyć. Te twarze nie mogły już dłużej być brzydkie. W obliczu Prawdy i Miłości ta interpretacja zniknęła.

Pamiętam jak w pierwszy dzień, gdy gorączka zaczęła nachodzić ja naprawdę myślałam, że umieram. Powiedziałam nawet Grzegorzowi, że umieram i ma dzieci do Polski zawieźć, gdy to się już stanie. I pamiętam, jak położyłam się w ogromnym bólu na łóżku i rozłożyłam ręce i powiedziałam coś w rodzaju: „Dobrze. Nie będę się temu dłużej opierać. Oddaję ci moją Dusze Boże, jestem gotowa umrzeć, widocznie tylko tyle miałam tu zrobić…”. Czułam całkowitą zgodę na to, by już odejść, zero opierania, zero walki, zero przytrzymywania się, ja już nie chciałam walczyć… I po chwili przyszło: „Dziecko, ty nie umierasz, ty się rodzisz na nowo”. Łzy, łzy, łzy, gorące łzy spływały po moich policzkach. Byłam gotowa, na cokolwiek co miało nastąpić. Niczego się nie bałam. Ja tylko chciałam zjednoczenia z Bogiem i wiedziałam całą sobą, że Jest.

I wtedy, tej samej nocy zaczęły się te wizje brzydkich twarzy i ogromny hałas w głowie, który nie pozwalał mi spać przez 3 noce. Jakby tysiące ust mówiło w tym samym czasie, przekrzykiwały się, udowadniały jak okropne i potworne są one i ja.
Byłam wycieńczona fizycznie, ale jednocześnie nigdy nie czułam tyle wewnętrznej Mocy. Moje ciało było wykończone, ale nie moja Dusza. Ona nieustannie pompowała Miłość i Światło, wszędzie tam, gdzie ja uwierzyłam, że byłam okropna… Nie było żadnej walki. To był czysty przepływ Miłości, w obliczu której kłamstwa ustępowały…

Mówi się, że głównym cierpieniem jest poczucie oddzielenia, oddzielenia od Boga, duszy, od siebie, swojej wewnętrznej Prawdy, swojej wewnętrznej Mocy. I tak jest. Gdy odrzucamy część siebie i robimy z tego okropieństwo, spychamy to w cień, przestajemy być wtedy całością i jednością. Dopiero, gdy te części odrzucone przyjmujemy z powrotem, wtedy stajemy się cali, wtedy jesteśmy z powrotem jednością, wtedy nie ma oddzielenia i poczucia pustki. Wtedy nie ma diabła! Tak, bo według mnie, diabeł to jest holograficzna projekcja tego, co odrzuciliśmy i czym nas straszono, a straszono nas samymi sobą, naszymi poodrzucanymi częściami samych siebie, które nie pasowały naszym rodzicom, nauczycielom, systemowi, więc zostały zdemonizowane, żebyśmy zamiast korzystać z mocy tych części, bali się ich. Nauczono nas bać się samych siebie i swojej Mocy.
A do tego jeszcze wkręcono nam, że mamy bać się naszych ciał. Że robią nam na złość, że Natura popełnia błędy, że raka zaczyna jakaś głupia zbuntowana komórka, że żyjemy z wrogiem, który w każdej chwili może zaatakować. A co jeśli choroba to zamanifestowane oddzielenie się od swojej wewnętrznej Prawdy? Ciało, nie jest wrogie i głupie, ciało jest uczciwe. Ot, jak nam w głowach powywracano do góry nogami.

Biorąc pod uwagę ilu ludzi tak żyło do tej pory, to pomyśl, jakie pole energetyczne zostało stworzone? Pole pełne strachu i obaw. I teraz, gdy ludzie się budzą, medytują, akceptują siebie, innych, to jak myślisz, co się dzieje z polem, które przestaje być zasilane? Ono zanika i wydaje ostatni krzyk, którym chce nas ostatkiem sił wystraszyć. Nie bójmy się tego krzyku. Nie walczmy z nim, nie oceniajmy. Zajrzyjmy w siebie i przytulmy siebie.

Dlatego jeśli widzisz gdzieś, w czymś wroga, wampira energetycznego, terrorystę, zajrzyj w siebie, bo na tą osobę, tą grupę projektujesz jakąś część siebie, która została zdemonizowana, odrzucona i woła o przytulenie, woła o Miłość. I nie mówię tu o tym, że my mamy zgadzać się na to, że są wojny i terroryzm, ja mówię o tym, by tego pola wojny nie zasilać produkując oceny i przykre emocje, które nas wykańczają, choć jesteśmy setki czy tysiące kilometrów od miejsca, gdzie to się dzieje. Walka z walczącymi, choćby w myślach, przynosi więcej walki, choćby „tylko” w Twoim własnym życiu. Zakończmy wojny w sobie. Zaprowadźmy pokój w sobie, to wtedy pokój zapanuje na świecie.

To nie walka z ciemnością, lecz Miłość do samego siebie, do tego co się w sobie odrzucało przynosi pokój. Walka z ciemnością, powiększa tą ciemność, to zaklęte koło…
Wyjściem jest tylko Miłość, Miłość najpierw do siebie, tylko ona nas wyzwoli z piekła, tylko ona zaprowadzi harmonię.

Przytulam…

Prawda o rozwoju duchowym

Miałam zamiar tym razem pisać o dzieciach i o tym jak z nimi wejść w kontakt w trakcie trudnych, emocjonalnych momentów, ale ten post będzie musiał poczekać. Od kilku dni powraca inny temat, który niejednokrotnie spędzał mi sen z powiek – prawda o rozwoju duchowym. Brzmi pompatycznie, ale co tam, niech sobie brzmi jak chce. Nauczyłam się tego, że gdy pojawia się energia, która mnie do czegoś popycha, to nie ma co z nią dyskutować, bo będzie tak długo wiercić dziurę w brzuchu, aż znajdzie ujście. A więc o co chodzi z tą prawdą o rozwoju duchowym?

Prawda jest taka, że ten cały rozwój wcale nie jest taki usłany różami i nie ma nic wspólnego z byciem wyłącznie radosnym i szczęśliwym. Wręcz przeciwnie, prędzej czy później natrafia się na otchłań, o której istnieniu miało się mgliste pojęcie, od której się uciekało i od której wieje czasem ogniem piekielnym. Co rozumiem przez tą otchłań? Wszystko to, od czego chcieliśmy uciec w naszym życiu, wszystko to, gdzie nie chcieliśmy zajrzeć, bo baliśmy się doświadczyć ponownie bólu, wszystko to, co upychaliśmy pod dywan, dramaty, przeżycia, trudne wspomnienia, które podświadomie kierują naszym życiem. Czy każdy kto jest na ścieżce rozwoju natrafi kiedyś na tą otchłań? Nie wiem. Myślę, że to zależy od naszych priorytetów w życiu. Jeśli chodzi nam tylko o delikatną poprawę relacji, trochę lepszą pracę i takie tam, skądinąd ważne rzeczy, to nie musimy wchodzić w temat rozwoju zbyt głęboko. Ale jeśli masz za sobą trudną przeszłość, bolesne doświadczenia, jeśli siebie odrzucasz, a chcesz siebie pokochać naprawdę, stać się sobą autentycznym, wyzwolić się z programów, przekonań, uwarunkowań, to przygotuj się na porządną jazdę. I nie używam tych słów lekko.

"Oświecenie to destrukcyjny proces. Nie ma nic wspólnego ze stawaniem się lepszym czy bardziej szczęśliwym. Oświecenie to odpadanie nieprawdy. To widzenie na wskroś przez fasadę obłudy. To kompletna likwidacja tego wszystkiego co sobie wyobrażaliśmy jako prawdziwe.”
 ― Adyashanti
 

Urodzenie siebie samego na nowo wymaga ogromnej odwagi i samozaparcia. Dlaczego? Dlatego, że ten proces jest jak zejście do piekła – piekła bólu i ran z dzieciństwa, uświadomienie sobie krzywd i ograniczeń, które do tej pory były nieświadome, stanięcie z własnym cieniem twarzą w twarz, czyli z tym co sami w sobie odrzucamy, czego nie akceptujemy, czego się wstydzimy. Nie każdy jest na to gotowy. Są ludzie, którzy się wycofują, bo ich to przeraża. Mogą się pojawić naprawdę trudne momenty, wręcz poczucie, że się umiera, że ból jest nie do zniesienia. Niektórzy wręcz mówią, że zaczynają odczuwać obecność demonów albo ogromnego strachu. Co odważniejsi jednak prą naprzód mimo bólu i strachu, i w końcu odnajdują prawdziwych siebie, swoją prawdziwą esencję, zakopaną pod warstwami bzdur, które im wmówiono i które sami sobie wmówili. Ta esencja jest w każdym z nas, ona jest niezniszczalna.

Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że mi tego nikt nie powiedział, nikt mnie nie ostrzegł, nikt nawet nie zasugerował, że będzie momentami cholernie bolało. A może nie chciałam tego słyszeć… teraz to już nie ważne. Uparta jak osioł parłam do przodu. Ale wreszcie ten mój upór na coś się przydał. Z każdą zintegrowaną emocją, z każdym zintegrowanym cieniem zaczęłam czuć coraz większą wolność, przestałam bać się samej siebie, przestałam notorycznie reagować z automatu, zaczęłam siebie… kochać. Nie sądziłam, że to kiedykolwiek będzie możliwe. Zrozumiałam też i w końcu przyjęłam na bardzo głębokim poziomie, że to jest proces i że nigdy się nie skończy, więc nie mam gdzie się spieszyć. Że będą się pojawiać coraz to inne warstwy i poziomy, i to co mam zrobić, żeby przez nie w miarę spokojnie przejść, to po prostu poddać się temu procesowi, zaufać mu, bo wtedy łez i bólu jest mniej. To jest jedna z najważniejszych moich obserwacji – że im bardziej się opieram procesowi, tym więcej turbulencji się pojawia, włącznie z fizycznym odchorowywaniem. To mi przypomina sytuację, kiedy zjeżdża się na zjeżdżalni. Gdy pozwalamy sobie po prostu zjechać, bez wyhamowywania, to idzie to szybko i gładko, ale jeśli zaczynamy kombinować, przytrzymywać się rękami, albo stopować nogami, to zaczynamy się obijać i wywracać. Dlatego tak ważna jest umiejętność bycia z tym co w danym momencie wychodzi i poddanie się procesowi. Świadomy wybór, by z tym pobyć, a nie uciekać od tego. I tą umiejętność wyrabia się z czasem. Coraz bardziej świadomie i z mniejszym oporem zaglądamy tam gdzie boli, by urosnąć ponad to, co nas ograniczało. A wszystko po to, by to co nam się przydarzyło w przeszłości, co zinterpretowaliśmy na naszą niekorzyść, co nas definiowało, by nie miało już na nas podświadomego wpływu, byśmy nie reagowali automatycznie, lecz świadomie, z wyboru.

"Czy musisz doświadczyć bólu w procesie wzrostu? Absolutnie nie. Bóg nie stworzył bólu i cierpienia – ty to zrobiłeś. To nie wzrost, lecz opór przed wzrostem powoduje ból (…).
 Za każdym razem, gdy twoja świadomość wyrasta ponad skorupę (co się może zdarzyć raz albo nawet sto razy dziennie), ona linieje. To właśnie opór przed tym niezbędnym i wiecznie toczącym się procesem rozwoju twojej duszy jest określany jako ból."
 Mercedes Kirkel 

Możesz teraz powiedzieć – to po co mi w ogóle ten rozwój, po co w to wchodzić, skoro to czasami bardzo boli i do tego nigdy się nie kończy? Na to każdy musi sobie sam odpowiedzieć. Ja mogę mówić tylko za siebie. Dla mnie osobiście korzyści okazały się większe niż kiedykolwiek mogłabym przypuszczać, ale trudno mi je opisać tak, żeby zrobiły wrażenie czy nadawały się na hasło marketingowe, bo co to za wow, że powiem, że przestałam siebie nienawidzić? Być może w ogóle cię to nie poruszy. Dla mnie jednak przejście od „nienawidzę się” do „kocham siebie taką jaką jestem” było warte każdej jednej łzy, każdego jednego bólu, każdej książki, sesji, kursu. Dziś jestem w takiej relacji sama ze sobą, że siebie nie odrzucam, że wybieram w zgodzie ze sobą, a jednocześnie mam więcej empatii dla innych, co nie znaczy, że pozwalam sobie wejść na głowę. A! I to wcale nie znaczy, że się stałam świętą i np. nie denerwuje się, albo nie krzyknę. Różnica polega na tym, że teraz tego nie oceniam, nie wkręcam się w poczucie winy, lecz procesuję to, co się w danym momencie pojawia i jeśli tak czuję, mówię przepraszam, ale nie to wymuszone przepraszam, lecz to płynące z głębi serca. I mam jeszcze wiele przed sobą, stopniowo ucieleśniam poszerzającą się świadomość. W końcu „Im dalej w las tym więcej drzew”. Taka zabawa w ciuciu babkę z samą sobą. Bawię się tym odkrywaniem siebie autentycznej, a czasem i lamentuje, jeśli tego mi właśnie trzeba.

Chciałabym napisać o jeszcze jednej ważnej rzeczy. Kiedy zaczynałam przygodę z rozwojem duchowym, miałam tylko jeden cel – chciałam stać się dobrą osobą, ponieważ byłam przekonana na wskroś, że jestem zła i że jest ze mną coś nie tak. Na tym zbudowałam całe moje życie – wybór studiów, relacje z innymi, sprawy finansowe itd… Myślałam, że te wszystkie książki i kursy wreszcie mnie naprawią i wreszcie będę godna miłości. Dopiero z czasem zdałam sobie sprawę, że nawet rozwój duchowy użyłam jako bata na siebie i dalej siebie oceniałam i odrzucałam… Dopiero kiedy zaczęłam zwracać się ku sobie, przygarniać te części siebie, które odrzucałam, wstydziłam się, uważałam za niepotrzebne albo wręcz odrażające, kiedy zaczęłam to wszystko w sobie integrować (i nadal to robię) to dotarło do mnie, że to czego szukałam na zewnątrz – miłości innych osób, mogę sobie sama dać.

Brak tej miłości do samego siebie, to ta słynna pustka, którą próbujemy zapełnić ciuchami, rzeczami, statusem, związkami itd. Gromadzimy i gromadzimy, szukamy i szukamy, a w środku pusto. Tego nie da się znaleźć w super pracy, ani w nowym aucie, nowym domu, nikt Ci tego nie da… jeśli sam sobie tego nie dasz.
Życzę więc miłości do samego siebie i odwagi, by tę miłość w końcu sobie dać.

 

 

O co chodzi z tym cierpieniem…

Częstą pułapką osób na ścieżce duchowej jest zbyt szybkie „wskakiwanie” w spojrzenie z wyższej perspektywy i omijanie tego co dana sprawa, czy osoba w nas wywołuje. Wynika to z mylnego przekonania, ze osoby uduchowionej nie powinno „nic ruszać”. Nic bardziej mylnego. Jesteśmy tu na ziemi, by doświadczać, smakować, używać zmysłów. Jako duch owszem jesteśmy nieskończeni, niezniszczalni, potężni itd., ale jako istoty ludzkie doznajemy radości, cierpień, ograniczeń. Nie ma takiej możliwości, by odczuwać wyłącznie jeden koniec spektrum – np. radość jednocześnie udając, że nie istnieje drugi koniec spektrum – cierpienie. Prędzej czy później dojdzie do wyrównania. Pytanie, które dobrze by było sobie zadać to nie – jak omijać cierpienia, jak je zminimalizować, jak nie reagować, lecz jak sobie z nim radzić.

W naszej kulturze wmówiono nam, ze cierpienie jest złe, nauczono nas się go bać i wymyślono różne dziwne sposoby, za pomocą których próbujemy je zminimalizować, odepchnąć czy odwrócić od niego uwagę. Już od dzieciństwa nam się to wpaja – dziecko się przewróci a rodzic mówi „nic się nie stało” albo „o patrz tam jest ptaszek”, zdechł chomik, a rodzic mówi „oj nie płacz tyle, to tylko chomik, kupimy ci nowego”. Nie nauczono nas, a właściwie nie pozwolono nam opłakiwać strat tak, jak tego potrzebowaliśmy.

placzace dziecko

Ostatnio słuchałam bardzo ciekawej wypowiedzi szamana majańskiego Martina Prechtela, który mówił o rozpaczy i pochwale życia, i jak są ze sobą połączone. W jego plemieniu opłakiwanie, rozpacz stanowią bardzo istotną część życia. Osoba, która straciła np. ukochaną osobę, jest wspierana przez całą wioskę w opłakiwaniu jej. Dlaczego? Dlatego, że według nich, jeśli nie opłakujemy straty to znaczy, że za tym co straciliśmy nie tęsknimy, a jeśli nie tęsknimy, to znaczy, ze odbieramy temu wartość, nie wychwalamy jej życia i tego, że była jej częścią. Co gorsza próbujemy ominąć coś, co zdarzy nam się przeżyć wiele razy w życiu – śmierć bliskich, rozstania z partnerami, przyjaciółmi, przeprowadzki, starzenie się itd. Strata jest nieodłączną częścią naszego życia. Jeśli nie nauczymy się emocji z nią związanych wyrażać i uwalniać, to będziemy ten ciężar nosić w sobie i może on się ujawnić jako depresja czy nałóg.

I tu pewnie wielu z was zada pytanie – no dobrze, a co z całą filozofią „nie przywiązywania się do niczego”? No właśnie, tu znowu pojawia się nasze zachodnie myślenie – „byle na skróty”. Tego się uczymy od dziecka. Boli cię głowa, weź tabletkę. Chcesz szybciej dojechać do pracy, kup szybkie auto. Szybkie rozwiązania, oszczędzanie czasu, to główne hasła. Śpieszymy się nie wiadomo dokąd pomijając samych siebie w tym wszystkim. A może boli mnie głowa, bo za dużo pracuję? A może ta praca, do której tak się spieszę, to zupełnie nie to, co chcę robić? I niestety, podobnie podchodzimy do duchowości. Ma być lekarstwem na wszystkie bolączki i to jak najszybciej. Bierzemy sobie jakiś koncept z nadzieją, że dzięki niemu już nigdy nie zaznamy cierpienia i wszystko będzie cacy.

Jak to wygląda w praktyce? Załóżmy, że dzieje się coś przykrego osobie tzw. uduchowionej, np. kłótnia z kimś bliskim. Osoba ta stara się jak najszybciej spojrzeć z wyższej perspektywy, bo przecież jako osobie uduchowionej „nie przystoi” jej być poruszoną, smutną, zdenerwowaną, albo broń boże wściekłą. Robi więc szybko skrót duchowy i pyta samą siebie – dlaczego mi się to dzieje? Czy to z mojego dzieciństwa? Skoro jest moim lustrem, to co ja na tą drugą osobę projektuję? Gdzie ja to mam w sobie? Może to spłata karmy? Może to z przeszłego życia?… itd. Co ma miejsce? Proces mentalny. Analizowanie, myślenie, rozkminianie. Co się dzieje z ciałem i emocjami? Zostały totalnie ominięte. I co to znaczy? To znaczy, że i owszem ta osoba znajdzie wytłumaczenie tego dlaczego ta kłótnia miała miejsce i może nawet spojrzy na tą osobę z innej perspektywy, ale emocje nie zostały zauważone, a więc pobudzona energia została stłamszona.

Emocje są energią, która porusza się jak fala. Fala ma swój początek, szczyt i wyciszenie. W momencie gdy intelektualizujemy to, co się z nami dzieje i zatrzymujemy fale przed osiągnięciem przez nią szczytu, nie pozwalamy tej energii zakończyć cyklu. Zostaje ona zablokowana w naszym ciele i wyskoczy przy najbliższej okazji, najczęściej wywołana przez kompletną bzdurę.

I jak to się ma do teorii „nie przywiązywania się”? A tak, że najpierw trzeba zauważyć czy wręcz opłakać to, co nam się stało, by naturalnie przyszło pogodzenie się z tym co się wydarzyło, a wtedy robimy miejsce na coś nowego. Koło życia, ot co. Nie opłaczesz – nie puścisz. Przyjrzyj się dziecku – gdy dziecku coś się dzieje, płacze wniebogłosy, czasem aż lamentuje. Jeśli nie będziesz mu w tym przeszkadzać, w pewnym momencie ono ochłonie i zajmie się czymś innym. Ale jeśli mu przerwiesz, będzie do tego wracać albo to stłamsi. Problem polega na tym, że my właśnie nie pozwalamy sobie na lament i zabijamy cykl, zwłaszcza gdy chcemy być tacy „uduchowieni”. Szukamy odpowiedzi w umyśle, a ciało upycha lament w komórki. Używamy duchowości jako kolejnej rzeczy, która utrzymuje naszą fałszywą maskę. A gdzie autentyczność? Gdzie prawdziwość? Bez tego nie ma wolności…

Dopiero gdy pozwolimy z otwartym sercem życiu przez nas przepływać i wyrażać się przez nas w pełni jako radość, szczęście, miłość ale też jako smutek, złość, żal, to wtedy nie będziemy nic stopować, a w ten sposób nie będziemy do niczego przywiązani i zwrócimy sobie wolność. To brzmi jak paradoks, ale czyż nie jest paradoksem to, że jesteśmy duchowymi istotami mającymi fizyczne ciała..?

Zwróć więc uwagę jak ty podchodzisz do tego co się wydarza w twoim życiu. Czy pozwalasz sobie poczuć głębię tego, co się w tobie uaktywnia w danej sytuacji, czy próbujesz jak najszybciej się tego pozbyć, zatuszować, bo się tego boisz, albo nie chcesz wyjść na osobę przewrażliwioną, emocjonalnie niedojrzałą, nie uduchowioną? Jeśli czegokolwiek mnie osobiście „nauczyła” duchowość to właśnie wrażliwości i zgody na emocje – moje i innych oraz tego, że nie trzeba nic z nimi robić. Wystarczy stać się dla nich przestrzenią, być świadkiem tego jak przepływają w swoim tempie.

comforting-others
Nie mieliście tak, że gdy przeżywaliście jakąś stratę w życiu, a ludzie do was mówili różne idiotyczne rzeczy np. „tak miało być” albo „już czas się pozbierać” albo „kiedyś będziesz się z tego śmiać” mieliście ochotę wystawić ich za drzwi? Czego tak naprawdę potrzebowaliście? Czy czasem nie obecności? Czy nie wystarczało to, że ktoś przy was po prostu był, trzymał za rękę i niczego nie próbował naprawiać? Tego właśnie potrzebują nasze emocje – pozwolić im być i w swoim czasie i tempie przepłynąć. Im mniej ingerujemy i pośpieszamy tym lepiej.

Im szybciej zgadzamy się w danym momencie na to, co zostało w nas poruszone, pozwalamy to sobie poczuć całym sobą i oddychamy spokojnie i głęboko, tym łatwiej i bez turbulencji dana emocja może zakończyć swój cykl. I dopiero wtedy, samoistnie, spontanicznie pojawia się zrozumienie danej sytuacji, spojrzenie z wyższej perspektywy. Wtedy, jeśli taka jest nasza intencja, odpowiedzi na pytania „dlaczego mi się to dzieje”, „co ta osoba mi pokazuje” itd. same się pojawiają bez żadnego mentalnego wysiłku. Ale najpierw zawsze trzeba nazwać rzecz po imieniu – np. on mnie zranił, ona mnie oszukała, oni mnie nie kochają, straciłam go itd. i pozwolić wypłynąć emocjom, urosnąć do apogeum, być dla nich przestrzenią, nie stając się nimi, oddychać głęboko i czekać cierpliwie. Im więcej damy sobie na to zgody i czasu, tym szybciej fala przepłynie. Taki kolejny paradoks..

zdjęcia pochodzą z: http://www.luxlux.pl i becomingsomethingbeautiful.wordpress.com